Zgorszony_Gość 22.02.2011 19:29

Pytanie o gorszenie przez dawanie złego przykład.

"Lecz kto by się stał powodem grzechu dla jednego z tych małych, którzy wierzą we Mnie, temu byłoby lepiej kamień młyński zawiesić u szyi i utopić go w głębi morza. Biada światu z powodu zgorszeń! Muszą wprawdzie przyjść zgorszenia, lecz biada człowiekowi, przez którego dokonuje się zgorszenie."(Mt 18,6-7.).

Rozumiem, że chodzi tu o grzechy cudze, jak namawianie do grzechu, bronienie grzechu, pochwalanie grzechu, a także dawanie złego przykładu. To ostatnie jest jednak dla mnie najbardziej kontrowersyjne. W zupełności zgadzam się, że przez zły przykład przychodzi na świat wielkie zło. Jest jednak jedna rzecz przed którą bardzo się buntuję. Mianowicie czasami ktoś nie robi niczego złego, ale innym może to wyglądać na zło i w ten sposób daje się zły przykład, i takiego "podejrznego" działania lepiej zaniechać. Ale skoro nie jest to złe... to dlaczego zaniechać? Przykład: kobieta pozostająca po ślubie przy swoim nazwisku. Nie wydaje się być to niemoralne, ale przed ludźmi będzie wyglądało na to, że żyje z mężczyzną bez ślubu.

Wydaje mi się, że trzeba żyć dobrze i moralnie i nie troszczyć się o to, co ludzie pomyślą, bo nie ma się na to wpływu. Nieraz tego doświadczyłam, i jestem pewna, że Odpowiadający wie, o czym mówię. Zresztą, każdy mierzy swoją miarą i sądzi po sobie - "czystemu wszystko czyste" (i vice versa!), ja na przykład zawsze wierzyłam w ludzi (teraz jestem już większą realistką, choć nie do końca), nawet jak wiedziałam, że dwoje ludzi mieszka razem bez ślubu wierzyłam, że żyją w czystości i stosowałam zasadę domniemania niewinności która, jak sądzę, powinna być powszechna (oskarżonego uważa się za niewinnego, dopóki nie udowodni się mu winy; nie dających się usunąć wątpliwości nie należy rozstrzygać na niekorzyść oskarżonego; pod tym hasłem znalazłam nawet stwierdzenie: "w toku całego postępowania przed (...) należy oskarżonego traktować jako niewinnego, bez względu na przytłaczające dowody winy, a do czasu wydania prawomocnego wyroku nie można przesądzać kwestii jego winy" i od razu przypomniały mi się słowa Jezusa: "Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni. Bo takim sądem, jakim sądzicie, i was osądzą; i taką miarą, jaką wy mierzycie, wam odmierzą" Mt. 7,1-2.). Nad tym, co sobie ludzie pomyślą, nie ma się kontroli - a w większości ludzie raczej skłonni są zawsze myśleć o bliźnich źle niż dobrze. Stąd wydaje mi się, że należy czynić dobrze i na ludzi nie patrzeć. Zresztą, wszystko ostatecznie zależy od Boga, to Bóg dopuszcza pokusy, i nigdy ponad nasze siły. Wydaje mi się, że jeśli ludzie czynią dobro, to Opatrzność Boża będzie czuwać, aby ludzie, nawet jeśli (jak zwykle) źle sobie o kimś pomyślą, nie zgorszyli się... Tak mi się wydaje.

A zresztą, w takich razach zdaje mi się, że powodem grzechu w takich razach nie są ludzie i ich rzekomy "zły" przykład (dobro powodem cudzego grzechu???), tylko powodem grzechu jest ludzka podejrzliwość o grzech. A ponadto ci, którzy wszędzie widzą zło, sami są, jak mi się zdaje, źli i zdeprawowani (czystemu wszystko czyste, brudnemu wszystko brudne), a do tych, jak sądzę, słowa Jezusa się nie odnoszą! Jezus nie mówi o zdeprawowanych tylko o "tych małych, którzy wierzą we Mnie". Ci mali to chyba ci "ubodzy w duchu" albo "cisi" z Kazania na Górze, albo ci, którzy stali się jak dzieci aby móc wejść do Królestwa Niebieskiego. Dzieci, których Jezus stawia nam za przykład (Mt. 18,3), w swojej naiwności wszędzie zaś widzą dobro. Nie mówi: "Nie deprawujcie jeszcze bardziej tych, którzy są już zdeprawowani!".

Jezus był zawsze za prawdziwością i autentycznością (sam o Sobie powiedział zresztą, że jest Prawdą). Potępił obłudną postawę faryzeuszów, przyrównał ich do "grobów pobielanych, które z zewnątrz wyglądają pięknie, lecz wewnątrz pełne są kości trupich i wszelkiego plugastwa. (...) Z zewnątrz wydajecie się ludziom sprawiedliwi, lecz wewnątrz pełni jesteście obłudy i nieprawości".(Mt 23, 27-28); mówił też, że prawda zawsze wyjdzie na jaw: "Strzeżcie się kwasu, to znaczy obłudy faryzeuszów. Nie ma bowiem nic ukrytego, co by nie wyszło na jaw, ani nic tajemnego, co by się nie stało wiadome. Dlatego wszystko, co powiedzieliście w mroku, w świetle będzie słyszane, a coście w izbie szeptali do ucha, głosić będą na dachach." (Łk 12, 1-3).

Bardzo proszę o ustosunkowanie się do tego. Zbyt często bowiem słyszę, że co prawda coś nie jest grzechem, ale... lepiej tego nie robić, bo na grzech może z zewnątrz wyglądać. W ten sposób można wpaść w paranoję - bo czy jest choć jedna rzecz, która pośrednio nie może być powodem grzechu? Czy mamy zrezygnować z noszenia markowych ubrań, bo ktoś może zgrzeszyć zazdrością? Gdy ja czynię dobro, a ktoś się zgorszy, to ja jestem tylko pośrednią przyczyną tego grzechu (gdy czynię zło - można nieraz powiedzieć, że bezpośrednią). Jeśli teraz zastanawiać się nad wszystkimi możliwymi konsekwencjami naszych czynów, to lepiej nie robić nic i zacząć żyć w ukryciu. A to z kolei wygląda mi na szatańską pokusę!

Odpowiedź:

Zgorszenie kogoś to spowodowanie, że ktoś stanie się gorszym. A nie spowodowanie, że ktoś tam czymś będzie oburzony. Słusznie więc piszesz, ze to namawianie do zła, deprawowanie bliźnich i temu podobne, a nie w pierwszym rzędzie dawanie złego przykładu...

Jeśli chodzi o jakieś sprawy, które w ogóle nie są złem, to i o gorszeniu się nie może być mowy. Nie jest niczyja winą, że ktoś jest tak podejrzliwy, że już w tym, ze ktoś nie zmienił nazwiska, widzi jakieś zło. Podobnie w wielu innych sprawach. Ale faktycznie jest tak, ze zły przykład bywa zaraźliwy. Na przykład w kwestii mieszkania razem bez ślubu są tacy, co się wahają, ale widząc ów zły przykład mówią sobie: to dlaczego nie, skoro inni tak robią?

Jak rozstrzygnąć, kiedy kogoś się gorszy, a kiedy to przesada. Pomagają w tym dwie kardynalne cnoty: roztropność i umiarkowanie.

O męstwie i sprawiedliwości - pozostałych cnotach kardynalnych - jakoś się pamięta. Roztropność i umiarkowanie jakby w świadomości chrześcijan odchodziły w zapomnienie. Tymczasem one są tak samo ważne, jak te dwie pozostałe. Nie należy więc we wszystkim widzieć zaraz (wielkie) zło, we wszystkim widzieć możliwość zgorszenia. Trzeba sprawę wziąć na zdrowy rozsądek. Czy faktycznie jest się czym gorszyć.

Gorszący zaś powinien zapytać samego siebie, czy faktycznie został zgorszonym czy po prostu szuka pretekstu....

J.