I co tu robić? 20.10.2006 19:42

Witam:)

Ostatnio zdarzyło rozmawiać mi się z osobą, która nie jest członkiem Kościoła Katolickiego, lecz Kościoła Ewangelickiego...

I kiedy staram się przekonywać, że wstawiennictwo świętych i Maryi to wielki dar, to zostaję bardzo krytykowany.
Pewien ksiądz doktor powiedział, ze kto kocha, nie może być tolerancyjny. Co mam robić? Sam już nie wiem. Czy zostawic to w spokoju i się nie odzywać, czy starać się mówić, udowadniać, ze wiara katolicka jest najpełniejszym wyrazem chrześcijaństwa? Bo tak jest, prawda?

Trudna ta droga ekumenizmu jest.

Czy słowa Pana Jezusa, ze przyjda tacy co zwiodą wielu, ale żeby za nimi nie iśc, moga tyczyć się Lutra, Kalwina?

Prosze o odpowiedx i jakies rady. Dziekuję...

Odpowiedź:

We wszystkim trzeba zachować zdrowy umiar. Skoro próbowałeś przekonywać, a ktoś twoich argumentów nie przyjął, to nie ma sensu zaczynać wszystkiego od nowa. Bo najprawdopodobniej osiągniesz tylko tyle, że Twój rozmówca zacznie Cię unikać. Niech Cię jego inność nie drażni. Zgódź się na nią. A jeśli do sprawy kiedyś wróci, wtedy możesz znów przytoczyć swoje argumenty...

Problem jest chyba znacznie szerszy. I chyba wynika z fałszywie pojmowanej troski o czystość wiary. Może też ze strachu o popełnienie jednego z "grzechów cudzych". Nasz upominanie innych, przekonywanie powinno zawsze uwzględniać miłość bliźniego. Niektórzy myślą, że miłość polega na ciągłym upominaniu w obliczu zła czy nieodpowiednich poglądów. Ale to nie tak...

Warto przypatrzyć się postawie naszego Mistrza, Jezusa Chrystusa. Zarzucano Mu, że jada z celnikami i grzesznikami. I zapewne na okrągło ich nie upominał. Warto przypomnieć sobie scenę z jawnogrzesznicą, której Jezus złego słowa nie powiedział. Albo Zacheusza z Jerycha, który sam z siebie, chyba nieco oszołomiony szczęściem, postanowił wynagrodzić krzywdy. Jezus nie miał w zwyczaju wytykać grzechy tym, którzy się nimi nie obnosili. Piętnował za to faryzeuszy, którzy ciągle w innych dopatrywali się zła, a sami Boże prawo wykrzywiali, zachowując jego literę, nie ducha....

Co rodzi się z skrupulanckiego upominania innych i pouczania? Niechęć. Zgorzknienie. Czasem poczucie niezrozumienia lub potrzeba polemiki i wytnięcia drugiej stronie jej błędów. Do niczego dobrego to nie prowadzi. To schemat powstawania teologicznych sporów i wojen, które prowadziły do podziału albo podział ugruntowywały. Prawdę trzeba mówić z miłością. A jeśli wiemy, że ktoś prawdę zna, ale się z nią nie zgadza lub też nie potrafi według niej żyć, to lepiej milczeć. Po co pogłebiać rany? Bo nie poszanowanie prawdy jest pierwszym przykazaniem, ale miłość Boga i bliźniego. Czasem trzeba milczeć...
W tej atmosferze łatwiej o dialog, a więc i przekonanie czy - jeśli rzecz dotyczy spraw moralnych - nawrócenie...

J.