Gość 05.01.2023 00:07

Szczęść Boże

Czy powinienem się martwić tym, że youtuber nagrywając np. w muzeum, zoo itp. nie wykupił wymaganego pozwolenia na nagrywanie zarobkowe albo nagrywa pomimo zakazu? Czy to jest kradzież (albo udział w niej) po stronie oglądającego/widza? Czy jeśli się takie filmy oglądało trzeba zadośćuczynić, naprawić szkodę?

KKK 2412:
"... Ci, którzy w sposób bezpośredni lub pośredni zawładnęli rzeczą drugiego człowieka, są zobowiązani do jej zwrotu lub, jeśli ta rzecz zaginęła, oddania równowartości w naturze bądź w gotówce, a także owoców i korzyści, które mógłby z niej uzyskać w sposób uprawniony jej właściciel. Do zwrotu są również zobowiązani, odpowiednio do odpowiedzialności i zysku, wszyscy ci, którzy w jakikolwiek sposób uczestniczyli w kradzieży bądź z niej korzystali, wiedząc o niej, na przykład ci, którzy ją nakazali, w niej pomagali lub ją ukrywali."

Być może robię nadinterpretacje i szukam zła tam gdzie go nie ma. Wydaje mi się, że za to odpowiedzialnym w 100% jest twórca filmu i widz nie powinien się niczym martwić.

Odpowiedź:

Jak przypuszczasz, to nadinterpretacja. Chodzi wyraźnie o "zawładnięcie rzeczą drugiego człowieka". Czy zabraniem mu jej. Wtedy trzeba koniecznie oddać i naprawić wyrządzoną krzywdę dodając tyle, ile rozsądnie na sprawę patrząc, stracił przez czas, kiedy rzeczy był pozbawiony. Ot, gdy ktoś ukradł komuś traktor, który właściciel wypożyczał za opłatą sąsiadom. Złodziej musi go oddać, a także wyrównać owe straty wiązane z brakiem możliwości jego wypożyczenia. Natomiast youtuber nagrywający w jakimś otoczeniu niczego właścicielowi nie zabiera. A strata, jaką właściciel przez takie nagranie ewentualnie poniósł, jest trudna do sensownego zmierzenia. Na pewno żadnym jej wyrównaniem nie musi się martwić ktoś, kto oglądał to nagranie na youtube.

Warto zauważyć, że sprawa dotyczy kwestii, której często nie zauważa się gdy chodzi o różnego rodzaju prawa autorskie. Zabrać komuś jakąś rzecz to nie to samo, co nie zapłacić za czyjąś własność intelektualną. Kiedy zabieram przedmiot, poszkodowany już go nie ma. Jeśli to narzędzie pracy czy innego zarobku - traci też te spodziewane wpływy. Kiedy zabieram własność intelektualną, jej właściciel dalej ją ma. Traci jedynie zysk, który spodziewał się - słusznie czy niesłusznie - z tej własności czerpać. I tu sprawa się komplikuje. Bo rodzi się pytanie: czy słusznie się spodziewał zysku?

Sprawa jest jasna, gdy chodzi o niezapłacenie za wykonaną pracę: skoro umówiliśmy się, że ja zrobię to, a ty mi dasz za to tyle a tyle, to niezapłacenie zdecydowanie można uznać za kradzież. Podobnie w sumie będzie w przypadku kradzieży patentu. Upraszczając: ktoś wymyślił, zgłosił, więc słusznie spodziewał się zysku z wdrożenia pomysłu. Wdrożenie go przez kogoś innego bez płacenia nie tylko pozbawia tej kwoty, jaką powinno się za używanie patentu zapłacić, ale też mocno utrudnia np. sprzedanie go komu innemu. Bo konkurencja  z kimś, kto już wdrożył coś wcześniej jest trudna i nie zapewni dochodów, jakie przyniosłoby bycie monopolistą. Jednak gdy chodzi o utwór muzyczny, film, grę komputerową sprawa nie jest tak prosta. Bo, po pierwsze, korzystający na własny użytek żadnej umowy z właścicielem nigdy nie zawierał, a po drugie, takie skorzystanie bez zapłacenia niekoniecznie przekłada się na realny spadek zysku z normalnej sprzedaży. Gdy chodzi o wykorzystanie jakiegoś wnętrza bez zgody właściciela... To właściwie jaką stratę ów właściciel ponosi? Muzeum sprzeda przez to mniej biletów? Toż taki film z wnętrz może być traktowany wręcz jako reklama. Nie osiągnie takich wpływów z pozwolenia na filmowanie, jakie mogłoby osiągnąć? Ale przecież to, ze ktoś nagrał coś bez pozwolenia nie powoduje, że kolejny za uzyskanie takiego pozwolenia nie zapłaci. Te ewentualne strata to dość płynna sprawa.

Do tego dochodzi coś jeszcze, czego czasem się w dyskusji o prawach autorskich się nie zauważa: cała cywilizacja zachodu zbudowana została dzięki temu, że różne dobre pomysły, wiedza, dzieła kultury i temu podobne nie były zazdrośnie strzeżone przez ich właścicieli (albo strzeżone nie dość skutecznie), ale wykorzystywane były dla dobra ogółu. Czego najbardziej chyba wymownym przykładem jest istnienie instytucji bibliotek. Częste dziś przeliczanie wszystkiego na pieniądze jest chyba jednak ten naszej tradycji kulturalnej obce. Niestety, wielu, którzy z tego kulturalnego dobrodziejstwa za darmo skorzystali, dziś, gdy chodzi o to, co uważają za "swoje", tej prawdy nie widzi.

J.