Monika 30.06.2015 21:23

Szczęść Boże!

Wyprowadziliśmy się z domu rodziców. Naszym zdaniem nie dało się tam mieszkać. Zupełnie nie szanowali autonomii naszego małżeństwa. Wydawało mi się, że to jest zgodne z nauczaniem Kościoła. Nawet na kursie przedmałżeńskim ksiądz zwracał uwagę na to, że najlepiej, jeśli małżeństwo mieszka osobno od rodziców, bo mieszkanie razem generuje konflikty. I mówił o konieczności „przecięcia pępowiny”.

Tymczasem wydaje się, że według Konferencji Episkopatu Polski, zerwanie pępowiny, wyprowadzenie się od rodziców jest czymś niewłaściwym. Poniżej fragment dokumentu „Służyć Prawdzie o Małżeństwie i Rodzinie”, w którego wstępnie podkreślono, że głosi on Prawdę, którą trzeba pokornie służyć („Obiektywną prawdę o małżeństwie i rodzinie trzeba pokornie, a zarazem odważnie odkrywać, przyjmować, pogłębiać i żyć nią bez kompromisów.” ).

„ Tym bardziej niepokoi i smuci fakt, że również w domach rodzinnych często nie ma miejsca dla starych rodziców czy krewnych. Nie mówimy tutaj o sytuacjach wyjątkowej konieczności, lecz o egoizmie młodych. Jest to bardzo zgubne zarówno dla rodziców, jak też dla dzieci i całego społeczeństwa. Po pierwsze, "sprawiedliwość i miłość wymagają, by w pewnym momencie życia młody człowiek zaczął oddawać [rodzicom] otrzymane dobra (. . .). Musi przyjść czas, kiedy dzieci zaczną odczytywać warunki życia i potrzeby rodziców. Nie tylko odczytywać, ale poprawnie reagować na nie. Pogodne i życzliwe, bezpieczne dzieciństwo winno być zwrócone w postaci pogodnej, otoczonej życzliwością starości ojca i matki". Rodzice i dzieci mają nałożony przez Boga obowiązek "pielęgnowania i podtrzymywania świętych więzów miłości".
117. Po wtóre, relacje międzypokoleniowe w rodzinie uczą dojrzałych i szczerych relacji w życiu społecznym. "Przyzwyczajenie do życia z innymi oraz do dzielenia z nimi domu, rzeczy i uczuć umacnia w małej wspólnocie, do której się przynależy, zarówno więzi, jak i umiejętność niezależności". Ważne jest zatem, "aby nasz dom związać z domem naszych rodziców oraz z domem naszych dzieci i wnucząt".

Jeśli to jest Prawda o rodzinie, to jako katoliczka powinnam ją przyjąć. I jej służyć. A co w sytuacji, kiedy rodzice/teściowie nie pozwalają mi nawet wziąć prysznica wtedy, kiedy chcę? Nakarmić dziecka tym, czym chcemy z Mężem? A wyjście z domu bez pozwolenia kończy się płaczem wszystkich, że tacy jesteśmy okropni? Czy faktycznie powinnam się ćwiczyć w cierpliwości i „przyzwyczajać do dzielenia domu”? Chcę w życiu pełnić wolę Bożą! Żyję od lat w ogromnym konflikcie sumienia, a po przeczytaniu tych słów z dokumentu episkopatu już naprawdę nie wiem, gdzie ta wola Boża jest, gdzie jest dobro. Przecinać pępowinę, czy przyzwyczajać się do wspólnego mieszkania?

Dodam, że jestem tą samą osobą, która zadawała to pytanie pod linkiem poniżej (za odpowiedź na nie dziękuję). Wspominam o tym, bo może są tam jakieś szczegóły mojej sytuacji, które mogą okazać się istotne.
http://zapytaj.wiara.pl/pytanie/pokaz/201049

Proszę o radę.

Odpowiedź:

Przeczytałem też tę dawniejsza odpowiedź... Wydaje mi się, że nie ma powodu, by robić sobie wyrzuty sumienia.

Sytuacje w rodzinach bywają bardzo różne. Wydaje mi się, że kiedy biskupi piszą o konieczności troski o starszych rodziców mają na myśli inne sytuacje. Dość często dziś zdarza się, że starzy rodzice zostają sami, choć mają dzieci i wnuki. Gdy potrzebują pomocy, albo tylko zwyczajnie porozmawiania, nie maja nikogo z bliskich. Bo dzieci niby zapracowane, niby mają wiele swoich spraw, ale tak naprawdę nie chce im się do rodziców chodzić. Wzięli miłość i nie zamierzają spłacać długu wdzięczności.... A kiedy mieszkają z rodzicami kombinują, jakby się ich pobyć do domu starców. Wydaje mi się, ze o takie sytuacje chodziło.

Osobista dygresja: wychowałem się w rodzinie, w której od zawsze był dziadek (ojciec matki; drugi i obie babcie zmarły długo przed moim narodzeniem). Przez ostatnie 9 lat życia coraz więcej chorował. I właściwie tych 9 lat spędził głównie w łóżku. Nikomu z rodziców nie przyszło do głowy, by się go pozbywać z domu. Ale też nigdy nie zauważyłem, by dziadek próbował dyktować moim rodzicom co i jak mają robić. Na pewno nie było z tego powodu większych konfliktów. On miał swoje "terytorium" (dzielone z nami, dziećmi) i rodzice mieli... I nawet umarł nie w szpitalu, a w domu.... Dlaczego o tym piszę? Bo zdaję sobie sprawę, że czasem to zamieszkiwanie wspólne wielopokoleniowej rodziny to normalka. I jest dobrze.

Zgadzam się jednak z opinią tych księży, którzy mówią, że lepiej jest, gdy młodzi po ślubie się wyprowadzają. Nie jest to oczywiście przymus. Jeśli w domu rodziców młodzi mają odpowiednie warunki, mogą zostać. Ale gdy widać, że to będzie generowało poważne kłopoty na pewno nie jest rzeczą złą, że się wyprowadzają. I nie chodzi tylko o ciasnotę mieszkania. Bywa np, że rodzice chłopaka czy dziewczyny traktują ich żonę/męża jak własne dziecko. Ale - uwaga - ciągle niedorosłe dziecko. Od którego ciągle wie się lepiej, które się ciągle poucza, sztorcuje. I któremu ciągle chce się to i owo załatwić nie po to, żeby dziecko miało dobrze, ale po to, żeby ciągle zachować tę niezdrową więź zależności. Potem jest zdziwienie, kiedy ktoś porzucając męża/zonę odchodzi. Myśmy mu wszystko załatwili a on/ona, proszę... No właśnie: człowiek chce też zrobić coś sam, a nie tylko realizować oczekiwania teściów....

Do czego zmierzam... Nie sądzę, by Pani i pani męża decyzja o wyprowadzeniu się była błędem. Teściowa i jej matka (tak to było?) po prostu zbyt głęboko wchodziły na Pani i Pani męża terytorium. I dla dobra was wszystkich należało to przerwać. Nie znaczy to, że teraz można się ich losem nie przejmować: warto odwiedzić, w razie potrzeby pomóc. Ale na pewno nie musi Pani i wręcz nie powinna wchodzić znowu w relację uzależnienia od ich humoru.

Ile im trzeba dać? Powiem tak: trzeba je traktować jak dzieci. Dac tyle, ile wydaje się słuszne. Ale nie wolno dać sobie wejść na głowę...

W tym kierunku bym poszedł...

J.