Gość 28.03.2026 13:40
Dzień dobry,
Ostatnio przeglądałem w internecie profil podróżnika którego obserwuję i pokazał on jak wygląda kościół w jednym z afrykańskich krajów - pod gołym niebem kilka ławek z patyków/ uciętych drzew, albo gdzieś indziej budynek kościoła był szary, były w nim zwykłe krzesła jak na balkonie (i tyle pamiętam). Podróżnik dodał komentarz - że jego zdaniem po co całe złoto? Że Kościół powinien oddać dobra materialne potrzebującym. I w sumie ja też zacząłem się nad tym zastanawiać - czy Bogu nie podobałoby się, gdybyśmy część drogich dóbr materialnych oddali na pomoc ubogim? Czy Bóg nie wolałby skromniejszych wnętrz kościoła, ale bogatszych wnętrz ludzi kościoła (czyli ich serc)? Czy też to nie wpływało by na pozytywny obraz chrześcijan - że nie koniecznie muszą mieć nabożeństwa w złocie, ale że umieją pokazać swoją wiarę w praktyce i to złoto innym oddać? Nie chodzi mi tutaj żeby w ogóle mieć kościół w plenerze, ale o to, dlaczego mamy tyle tych dóbr materialnych? Czy dla Pana Boga nie byłoby to milsze, gdybyśmy oddali te dobra uboższym i wsparli ich (oczywiście w rozsądny sposób, dając wędkę a nie rybę)?
Pozdrawiam i dziękuję za odpowiedź (bo to pytanie mnie nurtuje już od jakiegoś czasu, a jestem katolikiem).
Nie przesadzajmy z tym mówieniem o tych skromniejszych wnętrzach kościołów, złocie w kościele... Cóż tam takiego cennego jest? To prawie zawsze tylko pozłocenia, nie złoto. Wcale nie jakieś nie wiadomo jak kosztowne. Na dodatek zarobił na tym ten, kto takie przedmioty wytwarza. To chyba dobrze, nie? Że mógł zarobić, a nie przychodzić po zasiłek dla biednych? Mają być w kościele gołe ściany i ławki zrobione z desek położonych na cegłach? P
A co oddania dóbr materialnych Kościoła biednym. Nawet pomijając fakt, ze Kościół bardzo mocno się angażuje na polu charytatywnym... Co oddać? Ławki z kościoła sprzedać? Figury? Witraże z okien? Kto to kupi? W sklepie Księgarni św. Jacka w Katowicach można kupić figury, które kupiono na zachodzie z likwidowanych kościołów i odnowiono. Jakoś nie ma na nie nie wiadomo ilu chętnych. I jak się kupuje, to raczej do kościołów właśnie nie do domów... Co więc rozdać, by dać ubogim?
No i - kolejny problem - dlaczego sprawiać przykrość tym, którzy coś dla Kościoła ufundowali. Często przed dziesięcioleciami albo i stuleciami. Tak chcieli. Ot, chcieli kupić kielich dla parafii, chcieli ufundować witraż... Albo figurę. Żeby było piękniej. Dlaczego im sprawiać przykrość przerabianiem tego na zasiłki dla biednych? Judasz też narzekał na marnotrawstwo, gdy Maria Magdalena namaściła mu nogi drogocennym olejkiem. Też mówił o biednych...
A na koniec... Ile trzeba biednym dać, żeby biedni nie byli? To worek bez dna. Pomaganie biednym przez rozdawanie ma sens, gdy chodzi o ludzi starych, niedołężnych. Ma sens, gdy chodzi o jakąś pomoc doraźną, krótkotrwałą, by człowiek stanął na nogi. Na dłuższą metę... I ma sens jako taka interwencja doraźna: nie ma co jeść, dać jeść. Ale dłużej...
Warto zainteresować się sprawą bliżej. Ot, zaangażować się w pracę parafialnego Caritas. Rozdawanie często sprawia, ze człowiek traci motywację, by się wysilić i swoją sytuację zmienić. Ot, by zacząć pracować. Ta bieda, którą widać na ulicy, to dość często bieda z wyboru; z wybranego stylu życia (biedy nie z wyboru częściej nie widać). Problemem jest to, jak człowiekowi pomóc, by chciał stanąć na własnych nogach. Są np. różni asystenci rodzin (to gminy nieraz organizują), którzy uczą. Np. obsługi pralki. Żeby człowiek wyprał, a nie ciągle przychodził po nowe ubrania, bo tamte, dane dwa tygodnie wcześniej, już śmierdzą...
J.