Philopator 04.03.2010 17:32

Witam!
Przepraszam z góry za długość wypowiedzi, ale wydaje mi się konieczne naświetlnenie konkretnej systuacji.
Mam serdeczną Przyjaciółkę, która jest osobą szalenie inteligentną, kulturalną, oczytaną, życzliwą, nie pozbawioną nawet tzw. "życiowej mądrości". W dodatku-jak mi się wydaje-została obdarzona szczególną łaską "instynktu"-czy: rozpoznania-duchowego.
Niestety, urodziła się w rodzinie "wierzącej niepraktykującej", a i stykała się z bardzo różnymi postawami znajomych Chrześcijan-jest więc niewierząca. Mimo to, ze względu na swoich młodszych braci bywa w kościele (choć, rzecz jasna, nie przystępuje do sakramentów), czytuje wyjątki z książek teologicznych, słowem: mniej lub bardziej świadomie czy pracowicie, ale szuka Boga. W naszych licznych rozmowach na tematy religijne przyznaje, iż moralność katolicka wydaje jej się słuszna, że wiele rzeczy ciągnie Ją do naszej religii, że nawet gotowa jest uwierzyć w Boga, ale-nie umie uwierzyć w Chrystusa. Tj, iż sama idea Boga i człowieka w jednej Osobie się jej "nie podoba", wydaje jej się niewiarygodna i nawet umniejszająca w jakiś sposób potęgę boską. Przyznam się, iż w tym momencie staję się bezradna.
Moje zasadnicze pytanie brzmi: jak mozna opowiedzieć ateiście o Jezusie, skoro Jego Wcielenie jest przecież dogmatem? I, trochę z innej beczki: jak można opowiadać o osobowej z Nim relacji, jeżeli własna nie jest doskonała?...

PS. Zdaję sobie oczywiście sprawę, iż wiara jest łaską, której tylko Bóg może udzielić. Jednak przecież możemy być Jego narzędziami, wręcz mamy obowiązek głosić Dobrą Nowinę, czy nie tak?... Wierzę, że mi, przynajmniej na razie za słabej na to, żeby to robić po prostu świadectwem życia, dana jest możliwośc pomocy bliskiemu człowiekowi przynjamniej w takiej formie.
Z góry dziękuję za czas poświęcony temu mojemu pytaniu.

Odpowiedź:

Żeby uwierzyć Chrystusowi nie wystarczy zdobyć określoną wiedzę na Jego temat, wyjaśnić sobie wszystkie wątpliwości i stwierdzić, ze wszystko się podoba. Trzeba jeszcze jednego: tego powiedzenia "wierzę". Choćby za chwilę dodać, jak jedna z postaci ewangelicznych "zaradź memu niedowiarstwu". Ale najpierw trzeba "tak" powiedzianego Bogu...

Z wiarą Boga jest jak ze zjazdem na linie w górach. Zejście z bezpiecznej skalnej półki w przepaść budzi strach. Choćby człowieka przekonywać, że lina jest mocna, że jest dobrze zamocowana, że przyrząd zjazdowy go utrzyma, że dla spowolnienia zjazdu wystarczy trochę line poniżej przyrządu przytrzymać, że pętla asekuracyjna jest dobrze zawiązana itd itp nic nie pomoże, jeśli ten człowiek sam nie spróbuje. Bez tego jego wiedza o wierze pozostaje teorią. Teorią budzącą wiele, często mało prawdopodobnych wątpliwości...

Jak koleżance pomóc? Teorię już zna. Jej potrzebna jest praktyka. Zaufanie Bogu. Takie prawdziwe, nie teoretyczne, z którego łatwi się wycofać. Najwięcej zdziałasz modlitwą. Bo to Bóg najlepiej dodaje odwagi. Ale jeśli jej uświadomisz w czym problem, może będzie jej łatwiej...

J.