ania 30.09.2006 15:05

kilka lat temu zginął tragicznie mój starszy brat. niedawno dowiedziałam się o tym, że kiedy ktoś trwa w grzechu i go nie żałuje to grzeszy przeciwko Duchowi Świętemu, a taki grzech nie będzie darowany ani w tym ani w następnym życiu, a mój brat współrzył ze swoją dziewczyną i nie wiem czy tego żałował, ale chyba nie skoro tego nie zaprzestał. a w czasie pogrzebu ksiądz powiedział na kazaniu, że Bóg zabiera każdego człowieka z tego świata wtedy, kiedy jest najlepszy czas do zbawienia jego duszy. jak można wogle połączyć te dwie kwestie, przecież one się na wzajem wykluczają? Jak można umrzeć w grzechu ciężkim i jednocześnie ma być to najlepszy czas do zbawienia duszy? A mój brat był całe życie dobrym człowiekiem i wierze że Bóg mu to wybaczył, ale dlaczego Kościół głosi, że kto do śmierci trwa w grzechu i go nie żałuje ten jest skazany na piekło. Przecież ostateczne słowo powinno chyba należeć do Boga, a Kościół nie wie jakie Bóg ma plany wobec człowieka

Odpowiedź:

Kościół wie co jest dobre a co złe, bo zna naukę Boga. Dlatego może powiedzieć: współżycie pozamałżeskie jest grzechem. Nikogo jednak nie sądzi. Nigdy nie mówi, że ktoś został potępiony. Nawet odnośnie do największych zbrodniarzy. Tym bardziej nie ogłasza, że potępiony został człowiek, który umarł tragicznie, a współżył ze swoja dziewczyną...

Czy Bóg wybrał najlepszy czas na zbawienie Twojego brata? Człowiek tego nie wie. Wie Bóg. Ale nie można z przesłanek, że Bóg zabiera człowieka wtedy, gdy to najlepsze dla jego zbawienia i z tego że umarł ktoś żyjący niezgodnie z tym czego uczy Kościół wysnuwać wniosku, że to coś co Kościół uważa za grzech, w oczach Bożych grzechem nie jest...

Co robić? Mieć nadzieję i modlić się o zbawienie brata. Może w ostatniej chwili życia brat żałował. tego nie wiemy. Może Twoja modlitwa pomoże mu osiągnąć niebo... Bo na sądzie będzie mógł powiedzieć: "Prawa Panie Boże, robiłem źle. Ale popatrz, mój grzech spowodował, że moja siostra dużo się za mnie modliła. Zło które czyniłem nie rozlało się aż tak bardzo"...

J.