załamana 26.12.2004 18:38
Przepraszam, może mój problem wydaje się głupi, ale nie umiem sobie z nim poradzić. Chodzi o to, że mam straszne problemy z jedzeniem. chodzi konkretnie o obżarstwo. Nie umiem nieraz powstrzymać się od jedzenia, nawet kiedy mi się nie chce jeść. napycham się i napycham, czasem idę później po miętę albo coś na żołądek. Tak samo w te święta: chciałam jakoś nie zjeść za dużo, ale już przed wigilią zaczęłam jeść i potem też się opychałam. Strasznie mnie to męczy, bo czasem to jedzenie staje się ważniejsze niż Jezus, modlitwa i inni ludzie, czasem myślę tylko o jedzeniu. chcę pościć i czasem mi się to udaje, ale albo wieczorem zaczyna się opychanie albo na drugi dzień. Drugi problem to modlitwa. strasznie chcę siię modlić,, ale mam ogromne problemy z modlitwą. Nie chcę żeby była ona bezmyślnym klepaniem formulek ale prawdziwą rozmową z Jezusem. Chciałam pogłębiać życie wiary, i wprowadzić inne praktyki takie jak medytacja nad Słowem Bożym, czytanie Pisma Św. i lektursa duchowa, ale to wszystko siadło. Nieraz nie ma modlitwy porannej i wieczornej, a gdy jest jakaś okazja do niej to odwlekam albo uciekam. Obie te sytuacje strasznie wykańczają (szcególnie ta z jedzenioem) mnie, nieraz przez nie nie przystępuję do Komunii, bo boję się świętokradztwa. To strasznie boli, bo dla mnie dni bez Komunii to koszmar, czuję jakbym zrywała jakąś więź z Chrystusem. Poza trym mam jeszcze jeden problem; chodzi o spowiedź; chodzi o to, że moje spowiedzi są straszne, nie zawsze tak jest ale często kosztuje mnie ona strasznie dużo nerwów, czaseem tov tak jakbym szła na skazanie; spowiednicy twierdzą, że jestem skrupulantką, ale mi się wydaje, że to nieprawda, bo ja naprawdę strasznie grzeszę i obrażam Boga. Nie umiem soibie z tym poradzić. Podobnie rachunek sumienia jest dla mnie gehenną, bo dochodzę do wniosku, że popełniłam wszystkie możliwe grzechy, nieraz robię go bardzo wcześnie rano i jest on częściowo przespany. nie wiem co się dzieje; poza tym chodzę wiecznie smutnai przygnębiona, nieraz ogrania mnie rozpacz, płaczę o byle co nie potrafię zaufać Bogu iuwierzyć w to że mnie kocha. Boję się, że swoją postawą odstraszam innych od Jezusa. Nie potrafię się otworzyć na innych. No i ostatnia rzecz: chodzi o to że od dłuższego czasu odczuwam powołanie zakonne, ale przy tym wszystkim co się ze mną dzieje, to czasem boję śię, że to mój wymysł jakieś urojenie, bo osoba powołana nie ma takich głupich problemów. Przepraszam za to, że was męczę i błagam pomóżcie bo naprawdę nie wiem co mam robić