Gość 23.06.2019 14:35

Jak ma się wolna wola to obowiązku upominania grzeszników? Przykładowo: matka uważa, że ma obowiązek ciągle upominać dorosłą córkę, bo "nie może pozwolić na jej potępienie" - nie pozwala jej żyć zgodnie z jej przekonaniami. A przecież jeśli córka ulegnie, to tylko pozornie, skoro świadomie wybiera inny sposób życia. Co jest ważniejsze - konieczność "nawracania" czy uszanowanie czyjejś wolnej woli? Widzę tu wyraźną sprzeczność.

Odpowiedź:

Hmm... Wydaje mi się, że niewłaściwym jest tutaj postawienie alternatywy (alternatywy rozłącznej)  "konieczność upominania albo zgoda na czyjeś potępienie". Ale o kolei. 

Czemu ma służyć upominanie? Oczywiście temu, żeby człowiek się opamiętał i wrócił na właściwą drogę. To jest cel, który teoretycznie stawiają sobie upominający. Doskonale wiadomo jednak, że upomnienie niekoniecznie cokolwiek daje. Także ciągłe upominanie i powtarzanie tego samego. Pytanie: czy ma sens kontynuować działania według metody, która okazuje się nieskuteczne, a jej stosowanie przy okazji powoduje wzrost napięcia na linii upominający/upominany i prowadzi do zrywania rodzinnych więzi?

Otóż to. Oczywiście warto spróbować. Warto od czasu do czasu przypominać, choć niekoniecznie w formie obcesowego upomnienia, raczej w formie delikatnego dania do zrozumienia. Nie warto jednak, zwłaszcza w relacjach rodzinnych, palić mostów. Czasem to wierne i cierpliwe trwanie w matczynej miłości może przynieś efekt dopiero po latach, ale to lepsze, niż zerwanie więzi. Trzeba po prostu patrzyć na cel: chcę, by córka weszła na właściwą drogę. I nie tracąc go z oczu jednocześnie sprawy nie pogarszać...

Ot, jeśli powiedziałem dziecku, że nie podoba mi się jej związek z rozwodnikiem, to wystarczy powiedzieć raz, parę razy. Nie trzeba tego powtarzać w kółko. Bo ważne jest też zachowanie w rodzinie pokoju. Nie trzeba wylewnie witać zięcia, cieszyć się jego obecnością, ale można zachowywać poprawne stosunki.

Chodzi więc o działania roztropne. Nie takie, które tylko spowodują wykopanie rowów. Tak bym to widział. I jeszcze jedno, wydaje mi się jednak istotne, czego dotyczyło właściwie pytanie. Nie wydaje mi się, by mówienie komuś o tym, że nie podoba mi się jak postępuje, można było nazwać ograniczaniem czyjejś wolności. To jednak nie jest tak, że mając inne zdanie łamiemy czyjąś wolność. Mamy prawo widzieć sprawy po swojemu. Nie musimy wszystkim w każdej sprawie przytakiwać.

J.