Jacek 06.12.2007 10:46

Za tydzien skoncze 33 lata. Mam cudowna zone i wspanialego 2,5 letniego synka. Obecnie waza sie losy mojej przyszlosci. Od jakiegos czasu mam powazne problemy ze zdrowiem. Jeszcze nic nie jest powiedziane (chociaz zwazywszy na nasza sluzbe zdrowia to zupelniezrozumiale), ale ja juz praktycznie jestem pewien, ze to to, co najgorsze poniewaz objawy sa ewidentne.

Przez wiekszosc zycia, staralem sie byc dobrym czlowiekiem, chociaz wiem tez, ze zrobilem wiele zlego i przysporzylem innym sporo przykrosci. Gdy bylem maly, wierzylem w Boga, bo bylo mi latwiej. Chodzilem do kosciola i staralem sie zyc zgodnie z zasadami chrzescijanstwa. Teraz zostalo z tego niewiele. Nie uwazam sie za ateiste, bardziej za agnostyka... chociaz to tez za malo powiedziane. Nie podchodze do istnienia Boga obojetnie i tylko filozoficznie. Bardzo mi zalezy na tym aby istnial, to jest wrecz dla mnie najwazniejsze pragnienie w tej chwili. Niestety przez wiekszosc zycia wszystko staralem sie analizowac i nie potrafilem przyjac niektorych rzeczy ot tak "na slowo". Dlatego tez, to czy istnieje Bog jest jednym z moich najtrudniejszych rozwazan.

Odpowiedziales wczesniej jednej z osob, ktora rowniez bala sie smierci jak ja, ze to od niej zalezy czy uwierzy w Boga, czy bedzie trwac w przemijaniu ku nicosci. I ze od niej zalezy czy umrze w potepieniu czy odda sie milosci Boga. Mysle, ze ta osoba ma podobny dylemat jak ja. Problem nie lezy w tym czy ja chce Boga, bo chce Go bardzo i pragne by istnial. Niestety prowadzac te rozwazania na temat tego czy istnieje mozna popasc w ostry bol glowy i przeciazenie umyslu. Z jednej strony bowiem jest masa argumentow na TAK, z drugiej kontrargumentow ktore sugeruja, ze nie. Z kolei na te kontrargumentu mozna znalezc jakies kolejne na TAK i tak bez konca.

Boje sie nicosci, ciemnosci. Boje sie takze kary... chociaz tutaj, jezeli Bog istnieje, to ufajac w dobro ktore we mnie w srodku jest, wrazliwosc i uczucie wierze, ze mi wszystko wybaczy i przyjmie do siebie... tylko jest jeden problem, niech BOG istnieje...

...inaczej to wszystko byloby bez sensu. Jakas zlosliwosc, jakis glupi zart istnienia ot tak sobie bez powodu jak jakis wybryk. Tylko w takiej sytuacji do kogo miec pretensje? Skoro nie byloby nikogo, kogo by mozna tym obciazyc. Mozna popasc w obled. Strach przed smiercia, ktora byc moze czeka mnie juz tak blisko jest przepotworny. Do tego dochodzi niesamowite poczucie zalu i pretensji, ze nie bede mogl pomoc zonie, ze moja matka ktora mnie kocha postrada zmysly gdy dowie sie ze umarlem, badz tez gdy dowie sie chocby tego ze jestem smiertelnie chory. Moj synek, ktory jest cudowny, bedzie pytal gdzie jest tata, po czym mnie poprostu zapomni. Moja zona ze wszystkimi problemami. 3 lata temu odszedl na raka jej ojciec, teraz byc moze maz. Nie pytam dlaczego los, czy Bog jest tak okrutny, ze doswiadcza ludzi seria nieszczesc i nie pozwala im odetchnac po przejsciach i zestarzec sie w spokoju i milosci. Wiem, ze sa ludzie ktorzy doznaja wiekszych niegodziwosci i cierpien niz ja np. wiec nie moge sie uzalac, ale sam fakt tamtych cierpien tez budzi moje pytanie czy On jest naprawde.

To wszystko jednak zrozumiem, jezeli ON istnieje i nie pozwoli aby jakakolwiek dusza przepadla i stracila swiadomosc. Jezeli nie pozwoli mi zyc, to chcialbym patrzec na moja rodzine, wspierac syna i pomagac im tyle ile bede tylko mogl. Zatem prosze tylko o to aby Bog istnial.

A gdzie moje pytanie?
Zwazywszy na moja krucha wiare, ale i pragnienie aby Bog istnial, czy jezeli istnieje, wybaczy mi moja slaba wiare? Czy nie popelniam grzechu smiertelnego? Wiele razy mialem do Niego pretensje, o to co mnie doswiadczalo, o to co dzialo sie na swiecie. Potem zalowalem swojej wscieklosci, niemniej jednak nie potrafilem sie od niej powstrzymac. Taki mam temperament odkad pamietam. Jednak w glebi serca mam duzo dobra, duzo wspolczucia i zrozumienia, pragnienia milosci, dobroci ktora potrafila by pomagac najbardziej umeczonym.

Czy Bog mi wybaczy? Czy istnieje? A moze pozwoli mi wychowac syna?
To straszne, gdy czlowiek jest bliski smierci i tak bardzo sie jej boi. Chcialby aby Bog istnial i go przytulil, dal mu znac ze wszystko bedzie dobrze, ze istnieje, ale tego znaku nie ma. Czy z tego powodu ze staram sie wszystko zrozumiec ludzkim umyslem i pojmowaniem bede potepiony? Czy dlatego bo waze to co jest na TAK i co na NIE, to nie ma dla mnie szans na szczescie chocby po smierci?

Jest mi bardzo zle, na wielu plaszczyznach pojmowania i strachu.

Odpowiedź:

Współczując Ci w Twojej sytuacji trzeba chyba zauważyć sprawę najważniejszą. Otóż... Bóg jest albo go nie ma. Ale miotanie się miedzy "jest" a "nie ma" prowadzi na dłuższą metę do duchowej schizofrenii. Musisz sie zdecydować jaką postawę przyjąć. I nie chodzi tu tylko o najważniejszą dla Ciebie w tej chwili pewność życia wiecznego. Jeśli przyjmiesz że nie ma, to odpadną pytania o to, czy Ci wybaczy. Jeśli uznasz że jest, będziesz musiał się ku Niemu szczerze zwrócić. Póki co nie chcesz Go o nic prosić (bo może Go nie ma), ale jednocześnie chcesz otrzymać gwarancję, że w razie jeśli jest, to da Ci życie wieczne. Tak się chyba nie da...

Tymczasem możesz przyjąć inną postawę. Możesz Mu powiedzieć w modlitwie: "Być może Cię nie ma, bo mój rozum nie daje mi stuprocentowo pewnych odpowiedzi. Ale bardzo bym chciał, żebyś był. I proszę, żebyś mi wybaczył to wszystko, czym przeciwko Tobie zgrzeszyłem. Bo w Tobie moja jedyna nadzieja"...

Póki co Twoje wątpliwości prowadzą Cię do braku szczerego zwrócenia się ku Bogu. Od ciebie zależy, czy nawet jeśli pozostaną, będziesz mógł Bogu powiedzieć, że jednak postawiłeś na Niego...

Oby Bóg dał Ci ulgę w Twoim cierpieniu. Jakie by nie były Jego wyroki...

J.