Inka 27.03.2010 21:20

1. Czy nieobecność na niedzielnej mszy św. z powodu zajęć na uczelni odbywających się w weekend, może być w jakikolwiek sposób usprawiedliwiona? Ostatnio przydarzyła mi się taka sytuacja: W sobotę i w niedzielę miałam zjazd na studiach. Zajęcia trwały od rana do popołudnia. Dojazd w jedną stronę zajmuje mi ponad dwie godziny, tak że rano nie daje rady być na mszy u siebie ani też wieczorem, bo późno przyjeżdżam do domu. Chcąc zostać do końca na zajęciach, nie mogę też pójść na mszę w mieście, w którym studiuję, bo spóźnię się na ostatni autobus do domu. Wyjściem byłoby poszukanie sobie noclegu, ale nie chcę komplikować sytuacji w domu. Postanowiłam więc "urwać się" z zajęć, żeby jednak móc pójść na mszę i potem jeszcze zdążyć na autobus. Jednak plany nieco się pokrzyżowały. Wiele ludzi z grupy też wpadło na ten sam pomysł, żeby w przerwie zwiać (pewnie nie wszyscy ze względu na mszę), ale okazało się, że na zajęciach razem ze mną zostały ze cztery osoby. Głupio mi się zrobiło przed wykładowcą, który dużo pracy włożył w przygotowanie zajęć i postanowiłam zostać i uszanować jego zajęcia. Nie poszłam do kościoła chociaż bardzo chciałam. Gdybym wiedziała, że tak będzie to opuściłabym jakąś część zajęć w sobotę i zdążyła na wieczorną mszę u siebie. Czy to moje postępowanie można uznać za grzech ciężki?
2. Czy to, co napisał ksiądz w tym artykule (...) to prawda? Bo wydaje mi się, że jest to zbyt pobłażliwe podejście do sprawy nieuczestniczenia w niedzielnej mszy świętej. Jednak wcześniej zasugerowałam się tym artykułem i przystępowałam do Komunii św. po tej opuszczonej mszy.
Dziękuję

Odpowiedź:

1. Lepiej żeby o takich sprawach decydował spowiednik. Bo jego odpowiedź będzie wiążąca. Zdaniem odpowiadającego taki jednorazowy wypadek można by potraktować jako grzech lekki.

Dlaczego? Wyobraźmy sobie inna sytuację. Małżeństwo planuje pójść na wieczorną mszę w niedzielę. Nagle, niezapowiedzianie, przyjeżdżają jacyś ważni goście, których nie bardzo można zostawić w domu samych. W takim wypadku trudno mówić o pełnej dobrowolności opuszczenia Mszy. Jasne, można mówić, ze trzeba być przewidującym, ale tu nie ma planowania sytuacji, złej woli.

Na pewno zaś nie byłoby żadnego grzechu, gdyby ktoś idąc na tę wieczorną msze nie dotarł na nią, bo po drodze spotkał człowieka potrzebującego natychmiastowej pomocy i czekał na przykład pogotowia...

W Twoim wypadku też nie am pełnej dobrowolności czynu. Chciałaś dobrze, tak to wszystko sobie zaplanowałaś, ale nagle okazało się, że możesz do kościoła pójść tylko kosztem tego, ze komuś będzie jeszcze bardziej głupio. Jasne, można powiedzieć, że można było się z uczuciami wykładowcy nie liczyć. Ale chyba jednak nie byłoby to dobre...

Tak to by odpowiadający widział...

2. Z artykułem w podanym linku odpowiadający jednak by się nie zgodził. Z powodu dość prozaicznego. Odpowiadającemu wydaje się, że człowiek nie powinien sam siebie usprawiedliwiać, że nie idąc z lenistwa czy złego zorganizowania się na Mszę niedzielną robi to nie mając pełnej świadomości czy nie w pełni dobrowolnie. Podobnie jak zresztą nie powinien się zbyt łatwo usprawiedliwiać w wielu innych sprawach. Ostatecznie naprawdę mamy rozum, naprawdę mamy wolną wolę. Jeśli kiedyś w dniu sądu Bóg popatrzy na nasze grzechy jak na postępki małych dzieci o mocno ograniczonym rozumku, to bardzo fajnie. Ale my nie powinniśmy tak sprawy stawiać...

J.