margarettt 27.04.2009 21:40

Sama nie wiem, od czego zacząć. Na początek powiem może, że nie popieram seksu, że jest to dla mnie zachowanie typowo zwierzęce... sama nigdy nie zamierzam z nikim współżyć. A jeśli już mieć dzieci, to adoptować.

Nie wiem, czy dobrze rozumiem, co to jest podniecenie seksualne. I nie wiem, po co w takim razie chcę się tego dowiedzieć. Chyba dlatego, żebym była pewna, że go nie odczuwam... Wiem, że to jest błędne koło. W końcu sprawy dotyczące seksu nie są aksjomatami, lecz sprawami rzeczywistymi...

Niestety, jestem dość podatna na emocje, szczególnie stres. Nie podoba mi się to i nie mogę tego zaakceptować. Chciałabym, żeby kierował mną tylko i wyłącznie rozum... Czytałam gdzieś kiedyś, że szatan najczęściej atakuje naukowców... Nie przywiązywałam jednak do tego wagi, nie przejmowałam się tym zbytnio, mimo, iż zamierzam zostać naukowcem. Na razie mam kilkanaście lat. Ostatnio jednak w moim życiu dzieje się coś dziwnego. Jest tak, jakby ciążyło nade mną jakieś fatum, a wolna wola wydawała się tylko złudzeniem...

Myślę sobie np. że nigdy nie postąpię czy nie pomyślę w ten czy w ten sposób, a za jakiś czas, przeważnie na drugi dzień, to się po prostu dzieje... Mam wtedy wrażenie, że... przewidziałam coś, co musiało i tak się wydarzyć...

Albo po prostu tak skupiam się, aby np. nie ogarnęła mnie taka czy inna emocja, aby nie przychodziła taka lub inna myśl... że to się dzieje. Skupiam się na tym, by tego nie wywołać, i właśnie dlatego to powstaje.

Podam taki zupełnie neutralny przykład... kiedyś skupiłam się na bólu zęba. Nie jakoś specjalnie... zwyczajnie przypomniałam sobie ból zęba, i... ząb zaczął mnie boleć. Tak jest i teraz, gdy to piszę... nie skupiam się specjalnie na bólu zęba, ale przecież pisząc o tym, muszę to pomyśleć... Może jeszcze ząb mnie nie boli, ale... wyraźnie czuję w nim lekkie ukłucie.

Podobnie jest, gdy myślę o czymś innym... Na przykład, kiedy pomyślę o czymś związanym z seksem, jednakże nie chodzi mi o jakąś nieczystą myśl, marzenia, wyobrażenia itd. Zwyczajnie, neutralnie, teoretycznie. Tak, jak np. na przedmiocie "wychowanie rodzinne", czy np. czytając pytania na Waszym portalu. Albo gdy przyjdzie mi do głowy słowo "podniecenie"... samo słowo... zaczyna mnie kuć w brzuchu, to niemal zawsze, a czasami ogarniać dziwna emocja... Boję się tej emocji. Bo jeśli to jest to... podniecenie seksualne, tak przeze mnie niepożądane, którego przecież nie chcę... Ilekroć ona przychodzi, natychmiast urywam myśl, odpędzam ją. Wiem, raczej nie starczy mi już na to odwagi ani ochoty, ale... czy byłoby grzechem, gdybym podtrzymała ją tylko dlatego, aby... ją określić...? Aby przekonać się, co to za emocja...? Raz już to zrobiłam. I zamieniła się ona w... gniew. Bardzo specyficzny rodzaj gniewu. Gniew połączony z jakąś satysfakcją... to było wtedy, gdy przez przypadek natknęłam się na jedno z nieprzyzwoitych forów internetowych... A ta satysfakcja... to jakby z tego, że gdybym mogła, to po prostu bym coś zrobiła tym ludziom, którzy na nim pisali... No i... może dlatego, że to "tylko" gniew, a nie podniecenie seksualne...? Przynajmniej tak mi się wydawało... W każdym razie i tak miałam takie wyrzuty sumienia, że wyspowiadałam się z tego.

Tak właśnie teoretycznie myślę czasami nad sprawami związanymi z małżeństwem... Jedno jest pewne: nawet jeśli będę miała w przyszłości męża, to nie będę z nim współżyła... Wiem, może to brzmi głupio, i na pewno tak brzmi... Jednak czasami myślę, jak wygląda życie małżeńskie innych ludzi. Konkretnie to dopiero niedawno przyszły do mnie taki myśli. Gdy koleżanka opowiedziała mi o swoich "najwspanialszych na świecie" rodzicach... Bardzo pozytywnie się o nich wyrażała. A ja później, sama nie wiem czemu, zastanawiałam się, czy oni naprawdę są szczęśliwą rodziną, czy jej rodzice ze sobą współżyją, czy podnieca ich wzajemna bliskość...

Myślałam o tym teoretycznie, bez żadnych skojarzeń, wyobrażeń... I pojawiła się ta dziwna emocja, którą najpierw określiłam jako... radość z powodu szczęścia innych osób. Bo chyba trudno mówić o podnieceniu... Przecież nie wyobrażałam sobie niczego nieczystego, jeśli mam rację... A poza tym myślałam o tym głównie w kontekście mamy tej koleżanki, o jej tacie nie, a homoseksualistką raczej nie jestem...

Poza tym... zdziwiło mnie, dlaczego nie odczuwam żadnego zniesmaczenia ani niczego temu podobnego... Oczywiście nie chciałam zniechęcać się do rodziców tej koleżanki, jednak tak powinien chyba zareagować mój antyseksualny umysł w tej sytuacji... Później emocję tą określiłam jako... tkliwość. Takie słowo najlepiej ją opisuje. Na wszelki wypadek starałam się jednak trzymać emocję tę na wodzy, żeby przypadkiem...

Czy jednak popełniłam grzech?

Następnego dnia również odczułam tę dziwną tkliwość, jakby...poruszenie... Słuchałam w internecie utworu, który bardzo lubię. Jest to ładny utwór, absolutnie nie jakiś nieprzyzwoity. W pewnym momencie zerknęłam na teledysk, który był do niej załączony (z reguły nie oglądam teledysków). Występowała w nim znana aktorka, która... się z kimś obściskiwała. Nie była to jeszcze erotyczna scena, ale pomyślałam sobie, że za chwilę może się w taką zamienić, a nie miałam ochoty tego oglądać, więc szybko ten teledysk wyłączyłam. Jednak... to, co zobaczyłam, już w mej pamięci zostało. Później, gdy tylko pomyślałam sobie o tej aktorce, też sama nie wiem po co, ta scena zjawiała się przede mną jak... rozsypane elementy układanki... fragment ręki, głowy... I zamiast poczuć wstręt, odrazę do tego, że ludzie zachowują się jak zwierzęta, poczułam tę tkliwość... I naszła mnie taka niewerbalna myśl, którą dopiero potem ubrałam w słowa: że skoro jest szczęśliwa, skoro na tym polega jej szczęście... to dobrze...

Mimo, że dla mnie szczęściem raczej by to nie było. Ale... ta dziwna tkliwość, jakby... poruszenie... nie wiem, jak mogę to inaczej nazwać. Mam tylko nadzieję, że to nie jest podniecenie seksualne. Teraz boję się tych "elementów układanki", nie chcę przypominać sobie tego, co widziałam... Jeśli tylko zjawia się taki impuls, zwalczam go w zalążku. Ale nie od początku tak było. Myślałam sobie wtedy: "a niech sobie te myśli gonią po mojej głowie, nie będę ich odpędzać. Udowodnię im, i udowodnię sobie, że w żaden sposób na mnie nie działają, że nie są w stanie wywołać we mnie żadnego podniecenia...". Stresowałam się jednak przy tym, i w niektórych momentach panikowałam. Gdy czułam, że za chwilę jednak coś takiego może zostać wywołane, to jednak to wspomnienie odpędzałam. Czy moje postępowanie można uznać jako narażenie się na grzech? A czy narażenie się na grzech jest grzechem ciężkim czy lekkim?

Prawie to była niedziela. A ja- dwa dni po spowiedzi. Poszłam do kościoła, na mszę. Niedaleko mnie siedziała jakaś kobieta, może 30-40-letnia. I... też przyszło mi do głowy mnóstwo niewerbalnych myśli (aczkolwiek nie wyobrażałam jej sobie w nieczysty sposób)... Dotyczyły życia tej kobiety (nie wiem, czy ma to jakiegkolwiek znaczenie, ale wiem, że jest ona mężatką). Zastanowiłam się, czy seks jest jedną z ważniejszych rzeczy w jej życiu, czy też nie, czy może być ona "uzależniona" od odczuwania podniecenia seksualnego. Podobnie poczułam pod sercem tą dziwną tkliwość... Jednakże przestraszyłam się tego, tym bardziej, że byłam w kościele... Zdałam sobie sprawę, że może w kościele nie powinnam myśleć o czymś takim, nawet, jeśli nie myślę w sposób nieczysty... (pomijając fakt, czy trwa Msza, czy też nie)

Czułam, jakby coś mnie atakowało... wtedy, siedząc w tym kościele, przypomniała mi się ta aktorka, i jeszcze inna, i kilka różnych myśli, które- nie wiem, czy można nazwać nieskromnymi... (na wychowaniu rodzinnym mówiliśmy o czymś podobnym)- ale w każdym razie nie były to myśli, na jakich skupiać się należy w kościele... Odpędziłam je więc.

Na Mszy przystąpiłam do Komunii. Byłam dwa dni po spowiedzi, a mimo to miałam wątpliwości, czy nie popełniłam przez to wszystko grzechu ciężkiego. I czy ta Komunia nie była świętokradzka... Bardzo proszę o szybkie rozpatrzenie mojego pytania, gdyż nie wiem, czy mogę przystępować do następnych Komunii...
Mam jeszcze pytanie dotyczące opętania... czym ono jest, jak poznać, kiedy już mamy z nim do czynienia...?
Z góry dziękuję.

Odpowiedź:

Jak widać odpowiedź powstałą dopiero teraz...

Na początek trzy uwagi. Po pierwsze, zdaje się jesteś osobą bardzo młodą. Nastolatką, jak napisałaś, ale chyba młodszą nastolatką. To by wiele wyjaśniało. Po drugie, raczej nie musisz się bać, że w tym co opisałaś był jakiś grzech. Ku takim czy innym "niewerbalnym" myślom pchała Cię raczej ciekawość, nie poszukiwanie przyjemności seksualnej. Nawet jeśli coś na jej kształt odczułaś (trudno powiedzieć co to było. bo przecież nikt w Twojej skórze nie siedzi), to Twoja niewiedza na ten temat, zupełny brak tego typu doświadczeń, usprawiedliwia Twoją ciekawość. W każdym razie nie był to, jak się wydaje, świadomy wybór zła, ale próba zrozumienia... Po trzecie...

Nie chciej w życiu kierować się rozumem i nie mieć uczuć. Wiesz jak nazywa się osobę, która wszystko zimno kalkuluje? Psychopatą...

Cóż powiedzieć więcej... Seks ma w sobie coś z zachowania zwierząt. Jednocześnie jest u człowieka czymś znacznie więcej. Zwierzęta zaspokajają instynkt. I to zgodnie z rytmem natury (zwierzęta mają okresy godowe). Człowiek jest na seks gotowy niezależnie od pory roku. To znak, że służy czemuś więcej niż dawaniu życia. Dzięki temu może też służyć okazywaniu miłości...

Czym jest popęd seksualny? Myślę, że choć go nie odczuwasz, nieobce jest Ci pragnienie bliskości. Człowiek tego potrzebuje. I to zarówno ten maleńki, jak i dorastający czy nawet stary. Jeśli sama tak nie robisz, to pewnie widziałaś, jak Twoje koleżanki chodzą trzymając się za ręce. Po co? Bo chcą być blisko. Popęd seksualny jest takim pragnieniem bliskości do kwadratu. Dla osoby nie mającej takich pragnień wygląda na pewno idiotycznie. Zresztą już samo całowanie się chłopaka i dziewczyny musi wyglądać dziwnie. Jednak tak właśnie jest. Tu nie chodzi jedynie o zaspokojenie instynktownych popędów. W seksie człowieka chodzi też o bliskość. Chyba nawet można powiedzieć, że im bardziej dojrzała jest miłość między mężczyzną a kobietą, tym ten element staje się ważniejszy.

Nie musisz się bać tego, że zaczniesz odczuwać popęd seksualny. Problem tylko w tym, by poddać go pod władzę rozumu oraz woli i nie pozwolić, by determinował zachowanie. Dla dorastającej młodzieży pewnie to nie jest łatwe, bo jest kilka pułapek, w które łatwo w tym wieku wpaść. Jest ich pewnie więcej, ale spróbuję opisać te, które - subiektywne - wydają mi się najważniejsze...

U dorastających mężczyzn dość często występuje silne, fizyczne odczuwanie popędu. Zazwyczaj znacznie silniejsze niż u dorastających kobiet. Do aspektu bliskości, o którym pisałem wyżej, dopiero dorastają. Dlatego warto ostrożnie traktować niektóre gesty czułości. Mężczyźni odczytują je inaczej. Czasem wręcz jako prowokację do seksu... Tym bardziej, że owi młodzi mężczyźni mają jeszcze jeden poważny problem: zazwyczaj nie są pewni swojej męskości. Bo co znaczy być mężczyzną? Zbudować dom, zasadzić drzewo, mieć dziecko - mówią niektórzy. Tak, to prawda. Mężczyzna to ten, który potrafi być samodzielny, radzić sobie w świecie. Tym samym potrafi też zadbać o swoja żonę i dzieci. Tymczasem nawet dwudziestolatek w naszym społeczeństwie ma małe szanse pokazać swoją samodzielność w ten właśnie sposób. Bo zazwyczaj w tym wieku jeszcze się uczy. Dlatego - zwłaszcza niektórzy nastolatkowie - próbują swoją męskość mierzyć inaczej. Nie tylko siłą, pozycją w grupie, ale też stopniem powodzenia u dziewczyn, umiejętnością dobrej zabawy. Niekoniecznie dziewczyny traktując przy tym serio. Dlatego znacznie dojrzalszym, lepszym, może okazać się nie ten chłopak, który ciągle stara się być tym najlepszym, ale ten, który w tej rywalizacji nie uczestniczy, który stoi gdzieś na uboczu rozwijając raczej swoje pasje i zainteresowania i nie stara się błyszczeć...

Dorastające dziewczyny też mają swoje - nazwijmy je - psychiczne dziwactwa. Dość często się nie lubią. To znaczy siebie samych nie lubią. A tu niedoskonała sylwetka, tu za duży nos, tam zbyt odstające uszy itd. Poczucia własnej wartości szukają nie w swoich osiągnięciach, zdolnościach, umiejętnościach, ale w tym, ze zakocha się w nich jakiś chłopak. Stąd dość powszechne wśród dziewczyn w pewnym wieku pragnienie, by mieć chłopaka. Najlepiej takiego, który podoba się wszystkim innym.

Nietrudno się domyślić, jak fatalnie może wypaść zderzenie się takich dwóch zakompleksionych istot: mężczyzny niepewnego swojej męskości i kobiety szukającej akceptacji, miłości, dowartościowania się...

Zmierzając powoli ku końcowi... Jeśli seks jest wyrazem pragnienia bliskości do kwadratu - jak napisałem wcześniej - to warto z decyzją o podjęciu współżycia zaczekać do ślubu. Tylko mąż, żona, warci są dania im całego siebie: ciała, duszy, pragnień, kompleksów, nadziei, radości, smutków.. Wszystkiego. Dlaczego dopiero mąż i żona? Bo dopiero ślub jest gwarancją, ze ktoś chce być z drugim człowiekiem zawsze. Świat widział tyle wielkich miłości, które rozsypywały się z dnia na dzień jak domki z kart, ze naprawdę nie ma sensu ryzykować jednego więcej zawodu. Można kogoś bardzo kochać i czekać. Ukochany może wiedzieć, ze go pragniesz. Ty możesz wiedzieć o nim to samo. Ale odpowiedzialna miłość poczeka. Tak jak ogrodnik nie rozchyla na siłę pąków róży, a daje im czas, by same się otwarły, tak prawdziwa miłość poczeka, aż przyjdzie jej właściwy czas...

J.