aga 19.10.2006 16:58

Mam dość dziwne pytanie. A mianowicie: jak osoba wierząca, praktykująca powinna postępować wobec innych, ludzi, którzy niekoniecznie tak bardzo praktukują, np. chodzą w piątki na dyskoteki, ściągają na lekcjach, żyją bez ślubu, stosują antykoncepcję itp. Wiem że grzesznych należy upominać, ale czy mam za każdym razem zwrócić komuś uwagę np. w stylu "a wiesz, że Kościół tego zabrania". Ludzie uznali by mnie za jakąś dewotkę, albo że próbuje wszystkich nawrócić. Jak dla mnie byłaby to lekka przesada, mówić każdemu co ma robić a co nie i co na ten temat sądzi Kościół. To chyba byłoby trochę dziwne i nie wiem czy nie niestosowne. Jak w takim razie powinnam postępować w podobnych systuacjach, które jak wiadomo zdarzają się na codzień?

Odpowiedź:

To co piszesz pokazuje, jak bardzo roztropnie trzeba podchodzić do upominania. Bo rzeczywiście, gdyby potraktować to jako nakaz obowiązujący zawsze i wszędzie, nic innego byśmy nie robili...

Ksiądz Stanisław Olejnik, w swoim podręczniku teologii moralnej pisze, że obowiązek upominania istnieje, gdy jednocześnie spełnione są dwa warunki:

a) istnieje rzeczywista potrzeba bliźniego apelująca o pomoc
b) istnieje moralna możliwość takiego upomnienia

Nie mogą upominać ci, którzy w tym samym przedmiocie cieżko upadają, gdyż upomianie w takim wypadku byłoby aktem obłudy i zapewne byłoby nieskuteczne

Samo upomnienie powinno być podejmowane roztropnie i z taktem, a nawet z pokorą. Inaczej nie tylko będzie nieskuteczne, ale nawet szkodliwe. Nieraz trzeba milczeć i cierpliwie czekać. Zerwać z kimś kto źle czyni należy, gdyby miało to być potraktowane jako aprobata dla złych czynów.

Jezus uczył, że upominać powinno się najpierw w cztery oczy, potem przy swiadkach, a dopiero potem nalezy donieść Kościołowi. Od tej zasady odstąpić trzeba wtedy, gdy grzech jest szkodliwy mocno szkodliwy społecznie, daje zgorsze itp...

J.