Zagubiony 18.04.2022 23:32

Szczęść Boże. Proszę o ukrycie, ale w odpowiedzi proszę się nie krępować i bezpośrednio odnosić się do wiadomości. Proszę mnie nie zostawiać samemu, bo nie wiem co mam zrobić.

(...)

Nie wiem co mam ze sobą zrobić. Nawet nie wiem czy Pan może pomóc. Dziękuję za poświęcony czas na przeczytanie tej długiej i zagmatwanej wiadomości. Pozdrawiam w Panu.

Odpowiedź:

No tak...

Najpierw o tej spowiedzi. Masz stałego spowiednika - piszesz - często się spowiadasz. Ale dawniej były zatajone grzechy. Tyle że teraz - jak zrozumiałem - odbyłeś już jakąś spowiedź, w której wyznałeś tamto tajenie grzechów. Siła rzeczy także więc świętokradzkie spowiedzi. W moim odczuciu wszystko wskazuje na to, że nie ma już potrzeby wracania do tamtych dawnych spraw. Możesz oczywiście to pytanie zadać spowiednikowi, ale on zdaje się uważa tak samo...

Czy nie masz grzechów ciężkich? Całkiem możliwe. Grzech ciężki to złamanie Bożego prawa w ważnej sprawie całkiem świadomie i dobrowolnie. Gdy ktoś chce żyć we  wspólnocie z Bogiem takich grzechów raczej nie popełnia, prawda? Bo to byłoby zaprzeczenie tego chcenia, jego wyboru. Tym, że nie znajdujesz w sobie grzechów ciężkich naprawdę się nie martw...

Czy ważne było bierzmowanie... Oczywiście. To sakrament, który można przyjąć tylko raz. Jeśli ktoś robi to niegodnie - popełnia grzech, ale ciągle przyjmuje ten sakrament ważnie. Gdy żałuje, spowiada się, łaska tego sakramentu odżywa...

Czemu nie czujesz się z Bogiem dobrze, nie umiesz się modlić itp... Nie wiem. Być może rzutują na to poczucie właśnie owe kłopoty, o których piszesz. Ale niekoniecznie. Koniecznie pamiętaj za to, że wartości wiary nie mierzy się przeżyciami na modlitwie, ale wiernością Bogu. Jeśli nie masz żadnych duchowych przeżyć, "pociech duchowych" jak się je czasem nazywa, to się nie przejmuj. Twoje trwanie przy Bogu ma wtedy większą wartość. Bo robisz to, choć to dla Ciebie trudniejsze, niż gdyby modlitwa sprawiała Ci przyjemność. Odmawiaj więc Ojcze nasz, Chwała Ojcu i inne modlitwy - także te wypowiadane własnymi słowami  - nie po to, by się dobrze poczuć, ale by oddać chwałę Bogu. Reszta nie jest ważna.

Co do Twoich różnych wątpliwości....Mieć wątpliwości to nie grzech. Grzechem może być zwątpienie. Czyli odrzucenie prawd, w które mamy wierzyć. Ale Ty nie odrzuciłeś: Ty szukasz. Irytujesz się, bo jeszcze nie znalazłeś odpowiedzi, ale to nie znaczy, ze zwątpiłeś. Ciągle jesteś otwarty na zrozumienie, czego dowodem jest choćby to, że zadajesz swoje pytania. Z całą pewnością nie jesteś więc heretykiem.

A wyjaśniając kwestie co do których masz wątpliwości...

Po co są dogmaty? Oj, ktoś CI namieszał w głowie. Dogmaty to w zasadzie inaczej prawdy wiary. Chodzi o to, że chrześcijanin, katolik, wierzy tak, jak uczył Jezus i jak przekazali nam Apostołowie, nie wedle swojego widzimisię. Takim szkieletem dla tych prawd wiary są tzw Wyznania wiary. Ot, Credo z mszy, skład Apostolski z różańca. I one w zupełności by wystarczyły, gdyby nie to, że bywają kwestionowane albo ktoś jakiś szczegół tłumaczy tak, ze wypacza ich sens. Wtedy bywa tak, ze Kościół coś uroczyście ogłasza jako dogmat: tak mamy wierzyć, nie inaczej. Ale te prawdy wiary stają się dogmatami tylko dlatego, że ktoś je zakwestionował przedstawiając błędną naukę. I broniąc zdrowej nauki ogłasza się uroczyście jakiś dogmat.

Ot, jedna z najstarszych ze zdogmatyzowanych prawd wiary, o bóstwie i człowieczeństwie Jezusa. Ariusz zakwestionował bóstw Jezusa. Czy nie czynił w ten sposób Jezusa kłamcą? Bo w Ewangeliach Jezus dość wyraźnie uważa siebie za Boga. I za Boga uważa go np. św. Paweł.  Inni np. kwestionowali to, ze Jezus miał prawdziwe ciało. Ich zdaniem cierpiał na krzyżu tylko pozornie. Czy pozorne cierpienie Jezusa, taka szopka, mogłyby nas zbawić? Albo dogmat o obecności Jezusa pod postacią Chleba i Wina. To ma znaczenie. Bo jeśli tam nie ma Jezusa, jeśli to tylko symbol, to można po Mszy na śmietnik, prawda? A my adorujemy... Bardzo ważne jest więc przyjęcie pewnego kanonu prawd wiary. I te prawdy wiary nazywamy dogmatami, gdy ktoś w ciągu wieków poddał je w wątpliwości, a w odpowiedzi Kościół uroczyście ogłosił, że taka jest jego wiara.... To nie jest więc tak, że Kościół wymyśla dogmaty. Ogłoszenie czegoś dogmatem poprzedzone jest kwestionowaniem tej konkretnej prawdy wiary...

Nie wiem, ale wydaje mi się, że nikt, kto czuje się chrześcijaninem nie zakwestionował jeszcze prawdy o tym, że Bóg jest stwórcą świata. Dlatego Kościół, choć taką prawdę ciągle przedstawia, chyba nie ogłaszał nigdy takiego dogmatu. Może przy okazji jakiejś innej problematyki, np. Sobór Watykański I przy okazji ogłaszania dogmatu o poznawalności Boga, ale jakoś żeby specjalnie o tym - nie pamiętam. Oprócz oczywiście jednoznacznego sformułowania w Wyznaniu wiary. Dlatego prawda ta nie funkcjonuje w naszej świadomości jako dogmat, choć w zasadzie dogmatem jest. To tak zwany dogmat z powszechnego nauczania. Tak uczy Biblia, tak uczy Kościół, i tak wierzymy, nikt wierzący tego nie kwestionuje...

Hierarchiczna struktura Kościoła... Nie, nie porównujmy zaraz Kościoła do wojska, w którym muszą być dowódcy. le jak sobie wyobrażasz Kościół bez żadnej hierarchii? Ot, wpada Twój kolega na pomysł, że będzie odprawiać Msze. Inny, że żeby zyskać odpuszczenie grzechów trzeba się u niego spowiadać. Jeszcze inny powie, ze odtąd on będzie gadał kazania. Choćby o Myszce Miki, ale on. Jak chcesz bez słuchania przywódców zachować choć trochę porządku w Kościele?

Człowiek podporządkowany państwu... Kościół wcale tak nie uczy. Kościół uczy, ze państwo ma służyć człowiekowi, nie odwrotnie. Człowiek ma oczywiście dokładać swoja cegiełkę do troski o dobro wspólne, ale nie jest tak, że ma służyć państwu jako państwu. Nie: odwrotnie: to struktury państwowe mają służyć wspólnemu dobru. Państwo zaś ma sens właśnie ze względu na te troskę o dobro wolne. W tym także chronienie przed różnymi bandziorami - z wewnątrz i z zewnątrz.

Posłuszeństwo w Kościele... Obowiązuje w zasadzie tam, gdzie jest ślubowane. To znaczy kapłanów odnośnie do biskupa i w zakonach. Ale niemoralnych nakazów nie należy słuchać. Przełożony, owszem, może kogoś skrzywdzić, ale przecież nie jest tak, ze jest nieusuwalny i wolno mu wszystko. Może tez zostać usunięty. Z wyjątkiem tylko papieża...

Wszelkie karanie jest złe... Nie zgadzam się. Nadmierne karanie - owszem. Bezduszne karanie - jak najbardziej. Ale spróbuj sobie wyobrazić co by było, gdyby nie było kar. Na przykład masz kolegę, który każdy dzień zaczyna od naplucia Ci w twarz. I nie ma kar, nikt nie jest w stanie nic zrobić. Nawet Ty, bo jesteś słabszy. uważasz, ze tak byłoby dobrze?

Ekskomunika zaś stosowana jest dziś w zasadzie jedynie jako coś, w co człowieka wpada automatycznie, popełniając to czy inne przestępstwo. I zawsze może wrócić. Jeśli się nawróci. Nie, bezkarności to wielkie nieszczęście. Bo straszliwie demoralizuje. Masz przykład bezkarnej przez wiele lat Rosji... Nigdy nikt za nic nie był w  stanie ich ukarać. No i teraz z poczuciem bezkarności przyszli mordować, kraść i gwałcić. Bo im wolno, bo oni są Rosjanami...

Czemu kobiety nie mogą być kapłanami? Bo taka jest tradycja Kościoła. A wzięła się stąd, że choć za Jezusem chodziło wielu ludzi obu płci, tylko mężczyzn powołał On na Apostołów... Na marginesie: nigdy nie zrozumiem jaki sens ma dowartościowanie kobiety przez to, ze może zająć się męskim zajęciem. Przecież w tym myśleniu tkwi deprecjonowanie kobiety! Ona zajmując się innymi sprawami - np. wychowaniem dzieci - jest niby gorsza...

J.