Gość 08.02.2012 13:43

Szczęść Boże!

Jestem tu po raz pierwszy. Bardzo chciałam zadać pytanie i szukałam odpowiedniej do tego strony.
Mam marcu skończę 17 lat. Od kilku lat (ok. 6) walczę z erytrofobią. Zaczęło się od zwykłego czerwienienia. Odwiedziłam dermatologa, który przepisał mi jakąś maść. Następnie rodzice kupowali bądź sami przyrządzali różnego rodzaju naturalne specyfiki (m.in. z ziół) mówiąc, że to "tylko problem skórny, polegający na nadmiernym rozszerzaniu się naczyń krwionośnych". Jednak ów problem zaczął się przeradzać w lęk przed czerwienieniem. Czerwienię się idąc ulicą, wchodząc do autobusu, za każdym razem, gdy muszę zabrać głos na lekcji, rozmawiając na przerwie z koleżankami, odwiedzając rodzinę, często też zanim coś zrobię - na samą myśl o danej rzeczy. Chwilę przed czuję napływ gorąca, a później pojawiają się duże czerwone plamy na dekolcie i twarzy. Czerwienienie pojawia się na każdym kroku, utrudniając życie do granic możliwości. Sam strach przed nim, przyspieszone bicie serca, lęk, ciągły stres utrudniają "odprężenie się". Około 3 miesięcy temu coś we mnie pękło, miałam po prostu dosyć. Ciągle ludzie mnie pytali: "Co ci jest? Jesteś na coś chora? Dobrze się czujesz?". Wbrew rodzicom zapisałam się do psychologa. Rozmowy bardzo mi pomagają, lecz pani psycholog stwierdziła wczoraj, że tego nie da się pozbyć... a ja w to po prostu nie wierzę!! Żyję nadzieją, że da się to zmienić. Nie wiem tylko jak. Wiem tylko, że żadne tabletki ani kosmetyki tego nie zmienią. Kiedyś gdzieś przeczytałam, że jest to choroba duszy i wczoraj wracając od lekarza przypomniały mi się te słowa. Postanowiłam poszukać jakiegoś katolickiego portalu i napisać. Oczekuję jakiejś wskazówki: jak z tym sobie poradzić, jak walczyć. Nie wierzę, że nie ma wyjścia. Cały czas mam nadzieję. Wiem, że ludzie mają większe problemy: głód, choroby, wojny... Jednak proszę mi wierzyć, że ja czuję jakąś "blokadę". Ciągle wydaje mi się, że gdybym się tego pozbyła, byłabym wolna. Nie potrafię powiedzieć w jakim sensie, po prostu czuję, że ta wolność gdzieś tam jest, tylko jestem zbyt mała, żeby po nią sięgnąć. Myślę, że czeka na mnie, a ja bardzo za nią tęsknię. Przez erytrofobię czuję się ograniczona i myślę, że gdybym się tylko tego pozbyła świat byłby jeszcze piękniejszy...

Odpowiedź:

Skoro psycholog powiedział, że się tego nie da pozbyć, to pewnie tak jest... Właściwie to piszą tam i owam, że to przechodzi z wiekiem. O ile ktoś nie nabawi się  fobii społecznej... No ale wierze, że problem można ograniczyć. Więc i z czasem wyeliminować.

Skoro jest to fobia, lek, który sam się nakręca, możesz spróbować drogi przez nabranie dystansu wobec tego, co mówią czy myślą o Tobie inni. W tym zawiera się też propozycja, by przestać się tym czerwienieniem  przejmować. Człowiek zarumieniony wygląda całkiem sympatycznie i nie jest to raczej powód do wstydu. Raczej należałoby się wstydzić, że czasem się nie rumienimy...

Jak to konkretnie zrobić? Jak nabrać dystansu? Naprawdę nie jestem specjalistą. Wydaje mi się jednak, że mogłabyś się dużo śmiać. Jak najczęściej z siebie. Wtedy to, ze się zarumienisz będzie też co najwyżej powodem do śmiechu, żartu, a nie do przerażenia. A jak się już przestaniesz rumienić, to pewnie będziesz żałować, ze taki wspaniały powód do żartowania z samej siebie Ci odpadł...

J.