Gość 31.10.2018 15:29

W Nowym Testamencie (Ewangelie) wielokrotnie pokazana jest reakcja różnych ludzi na wezwanie Jezusa: Pójdź za mną! A jak to naprawdę było? Apostołowie, jak usłyszeli takie wezwanie, to naprawdę zostawili wszystko (pracę, rodziny) i od razu poszli za Jezusem? A czy mieli żony?

I jest jeszcze coś, czego nie rozumiem. Czasami Jezus wzywał: Pójdź za mną, ale ktoś na to nie był gotowy i nie poszedł... Ale jest też uzdrowienie, kiedy to właśnie ta osoba odpowiedziała: Panie, pójdę za Tobą (to było uzdrowienie opętanego chyba), ale to właśnie Jezus powiedział, że nie, żeby ta osoba została tam, gdzie jest i na miejscu głosiła radosną nowinę.

Nie bardzo rozumiem, jak do tego podejść... Czy to Jezus wybiera nas, czy to czasami my, choć chcemy za Nim pójść, On jednak chce, byśmy zrobili coś innego?

Byłabym bardzo wdzięczna za wyjaśnienie tego aspektu. Dziękuję.

Odpowiedź:

Hmm.. Myślę, że z tym powołaniem to jest trochę tak, jak z oświadczynami. By coś się zmieniło trzeba chęci i zgody dwóch osób.

Tak było z Apostołami. Nic nam nie wiadomo czy byli żonaci czy nie. Tylko o Piotrze wiadomo, że miał teściową (choć nie wiadomo, czy nie był wdowcem). U nich Jezusowe "pójdź za mną" trafiło na podatny grunt ich "chcę". Były jednak i takie sytuacje, że ktoś nie chciał albo się ociągał. A i bywało i tak - jak Pani zauważyła - że sam Jezus nie chciał. To ostatnie to scena z uzdrowieniem opętanego Gerazeńczyka. Jezus nie chciał by poszedł za Nim pewnie dlatego, że ten człowiek był poganinem. A to był czas, gdy Jezus działał wśród Żydów i obecność poganina w gronie jego bliskich uczniów mogłaby być przez Żydów źle odebrana. Misja Jezusa skierowana była w tym czasie do Izraela, nie pogan. Znamienne jednak, że Jezus prosząc go, by pozostał wśród swoich i mówił im co się stało, prosił w gruncie rzeczy o przygotowanie gruntu pod przyszłą misje chrześcijan w tej krainie...

Jak to odnieść do swojego życia? Wierzący na pewno zawsze powinien mówić Jezusowi "tak". To "tak" powinno rozciągać się na całe życie, nie tylko i chyba nie przede wszystkim na wybór drogi życiowej. Chodzi o to, by w każdej sytuacji, we wszystkich okolicznościach żyć tak, jak tego chciałby Jezus. I w rodzinie, wśród bliskich, i w szkole, pracy, i w będąc anonimowym w tłumie. To zawsze najważniejsze, podstawowe powołanie chrześcijanina. Z wyborem życiowej drogi jest już trochę inaczej. Zazwyczaj  nie możemy być na sto procent pewni, czego Chrystus od nas oczekuje. Piszę"zazwyczaj", bo są wyjątki. Jeśli ktoś złożył wieczyste ślub w zakonie, przyjął sakrament kapłaństwa albo sakrament małżeństwa, to wtedy z całą pewnością może być przekonany, że jego powołaniem jest realizować zadania związane z podjętym zobowiązaniem. Nawet jeśli ten człowiek się pomylił, to Bóg przez sakrament albo przez złożony ślub tę błędną decyzję zaaprobował, uznał za prawdziwe powołanie...

A gdy człowiek nie jest związany ani sakramentem ani ślubem? Powołanie zawsze powinni być realizowaniem powołania do miłości. Trzeba wybierać tę drogę, na której - jak się człowiekowi wydaje - będzie mógł dać najwięcej miłości. Uwzględniając także odkrywane w sobie predyspozycje - a to do bycia matką, a to do opiekowania się chorymi czy kiedy indziej do uczenia cudzych dzieci.

No, jakoś tak :)

J.