Monika 29.07.2014 15:30

Szczęść Boże. Mam następujący problem.

Wiem, że dorosłe dzieci nie są zobowiązane do bezwarunkowego posłuszeństwa rodzicom i dziadkom, ale co zrobić w sytuacji, kiedy ci rodzice i dziadkowie nie chcą zupełnie tego przyjąć do wiadomości? Mamy z Mężem ok. 30 lat, mamy malutkie dziecko. Pracujemy, zarabiamy. Wydawałoby się, że jesteśmy samodzielni i dorośli. Ale nie dla naszych rodzin. Oboje z Mężem jesteśmy świadomi tego, że powinniśmy "przeciąć pępowinę", naczytaliśmy się na ten temat, próbujemy od lat, ale nie wiemy zupełnie, jak to zrobić w praktyce, bo to powoduje prawdziwe cierpienie Mamy i Babci mojego Męża, a w konsekwencji moje wyrzuty sumienia (Męża też, ale on sobie lepiej z tym radzi).

Powinnam chyba zapytać bardziej ogólnie. Czy chrześcijaninowi, w imię obrony swoich praw, wolno powodować cierpienie? Czy wolno DOMAGAĆ się szacunku dla siebie? Według tego, co wyczytaliśmy (KKK, różne książki, artykuły itp.) mamy PRAWO żyć własnym życiem. Ludzie powinni też się wzajemnie szanować, z czego wnioskuję, że również rodzina Męża powinna odnosić się do nas z szacunkiem. Czy jednak mamy PRAWO domagać się tego, jeśli ktoś tego nie akceptuje? Jak to pogodzić z biblijnymi nawoływaniami do tego, żeby "służyć innym", "dać temu, kto prosi", "nie szukać swego". Czy domaganie się respektowania swoich praw jest szukaniem swego potępianym w Biblii?

Podam przykłady.

Rodzina Męża ma zwyczaj zwracać się do nas w formie rozkazu. Brzmi to tak: "Zrobisz herbatę", "Przyjedziesz w weekend", "Naprawisz kran". Żadnego pytania ("Czy przyjedziesz?), żadnego "Proszę". Kilka razy mówiliśmy, że wolelibyśmy, żeby pytali albo prosili. Zostało to potraktowane jako ... brak pokory i szacunku. Czy słusznie?

Babci mojego Męża nie wystarczy, że pomagam. Ona chciałaby jeszcze, żebym ja się domyślała sama, że trzeba pomóc. Nie chce zniżyć się do proszenia mnie o pomoc - powinnam sama co chwila pytać, co mam zrobić, albo jeszcze lepiej sama wiedzieć, że np. trzeba zamieść podłogę. Chciałabym powiedzieć jej, że powinna mnie prosić, ale boję się, że znowu usłyszę, że brak mi pokory albo szacunku, i nie będę wiedziała, co odpowiedzieć. Czy mam prawo domagać się szacunku?

Pewnie mnóstwo rodzin ma podobny problem, i jakoś sobie radzą. U nas sprawę potęguje właśnie to, że staramy się po chrześcijańsku nikogo nie krzywdzić. Znajomi się czasem z rodzicami pokłócą, ale postawią na swoim i jakoś żyją. Czasem popłaczą oni, a czasem rodzice, ale jakoś sobie radzą. A my dbamy o "mir domowy", staramy się ustępować, a ja duszę wszystko w sobie, żeby nie powodować konfliktów, i już nie mogę...

Próbowaliśmy rozmawiać. Wiele razy. Na razie praktycznie brak rezultatu. Jak ktoś przez całe życie miał jakieś przekonania, to nie zmieni ich tylko dlatego, że jakieś "dzieci" mówią mu, że się myli. I jeszcze te dzieci bezczelnie domagają się swoich praw. A przecież - jak twierdzą - nikt nas nie krzywdzi, bo przecież nikt nas tam nie bije ani nie wyzywa. Mama Męża płacze zawsze, kiedy nawet najdelikatniej jej mówimy, że coś nam nie pasuje.

Dla pełniejszego obrazu sytuacji dodam, że Mama mojego Męża ma naprawdę słabe nerwy (bardzo wiele przeszła w życiu). Myślę, że kiedy radykalniej postawimy na swoim, wpadnie w depresję. O ile już w niej nie jest.

Czy Odpowiadający ma pomysł, kto mógłby nam pomóc? Może jakaś dobra poradnia rodzinna? W Warszawie (tu mieszkamy) jest tego wiele, i znaleźliśmy mnóstwo namiarów, więc nie chodzi o listę adresów, ale może Odpowiadający orientuje się, jakie miejsce jest warte polecenia?

Z góry dziękuję i pozdrawiam.

Odpowiedź:

Oj, nie wiem, która poradnia jest godna polecenia....

Z tego co Pani pisze wnioskuje, że mieszkacie z babcia i matką męża...

Nie jestem pewien, czy dorosłych i starszych ludzi da się jakoś wychować. Jeśli wyrośli w egoizmie,wyrośli w przekonaniu, że ma być jak oni chcą, to chyba niewiele da się zrobić. Dobrym sposobem jest zazwyczaj wyprowadzenie się. Wtedy rozkazywać kto ma co zrobić już znacznie trudniej. Jeśli mieszkacie razem, można chyba inaczej: odpowiadać, że dobrze, ale nie reagować natychmiast. Np. powycierać za trzy godziny.

Dlaczego tak piszę.... Pani nie jest ani córka ani wnuczką swojej teściowej i babci męża. Tu nie chodzi tylko o wiek. Owszem, okazuje im Pani miłość ze względu na miłość do męża, ale przecież nie jest ani nigdy nie była Pani zobowiązana do posłuszeństwa wobec nich. A relacje które Pani przedstawia są po prostu niezdrowe. I Pani i mąż, jako dorośli powinniście być raczej traktowani jak partnerzy, nie posługacze.

Wydaje mi się, że starania by przywrócić właściwe relacje, o ile nie prowadzi to do dzikich awantur, trudno uznać za złe, godzące w czwarte przykazanie. Że teściowa czy jej matka popłaczą? Oby jak najrzadziej, ale nie zaszkodzi im.Ciągle im ustępując utwierdzacie ich w przekonaniu, że sa super i najlepsze. Tymczasem warto żeby zobaczyły, że tak nie jest. Nawet jak zaboli. Bo inaczej wy zwariujecie. Zresztą... Płacz może być nawet pewną formą szantażu, manipulacji. Nie zawsze uwiadomiona, ale jednak...

Co konkretnie zrobić? W sprawach domowych porządków warto ustalić zasady i się ich trzymać. Robimy to a to, wtedy i wtedy. Więcej - tylko z własnej woli. A nie na rozkaz, bo się komuś wydaje, ze teraz trzeba....

Chyba jakoś tak...

J.