Gość 21.07.2014 13:58

Zastanawiając się jak wygląda nauka Kościołą w sprawie planowania potomstwa, dowiedziałam się, że małżeństwo nie może sobie zaplanować czy chce mieć np. 2 czy 3 dzieci, lecz może jedynie odsuwać poczęcie dla ważnych przczyczyn. Ponadto artukuł na który się natknęłam, wyraźnie mówi że posiadanie dużej ilości dzieci jest otwarciem się przez katolika na naukę Jezusa, a rezygnowanie z tego jest zaprzeczeniem jego woli. Kobieta, która nie jest zamężna jest jakby martwa.:
http://www.deon.pl/religia/kosciol-i-swiat/komentarze/art,1511,czy-katolik-musi-miec-duzo-dzieci.html

Ja zawsze chciałam mieć 2 ewentualnie 3 dzieci i przy tym pracować w wymarzonym zawodzie, wiem jednak że chęć pracy zawodowej żony nie jest ważną przyczyną, a w pewnych wypadkach nawet grzechem jeśli m.in. przeszkadza kobiecie w powoływaniu do życia kolejnych dzieci. Myślałam też o tym, żeby uniknąć grzechu w ogóle nie wstępować w związek małżeński, ale z drugiej strony jeśli unikam zakładania rodziny bo chce odnieść zawodowy sukces to też popełniam wtedy grzech egoizmu i samolubstwa. Proszę mi więc powiedzieć, co proponuje Kościół ambitnym kobietom, które nie chcą ograniczyć się do roli gosposi domowej? Czy żeby móc pracować i nie nie mieć przy tym dużo dzieci muszę zrezygnować z przyjmowania komunii świętej?

Odpowiedź:

Chyba trzeba Pani pytanie wywrócić do góry nogami... A zacznę od pochwały. Pochwały cnót roztropności i umiarkowania. Obok sprawiedliwości i męstwa to tak zwane cnoty kardynalne. Czyli takie, które powinny przenikać wszelkie inne cnoty i postawy.

Jestem głęboko przekonany, że doszukiwanie się we wszystkim grzechu jest nieroztropne. Bo do czego prowadzi? Do uznania, że nie ma się co starać, bo i tak człowiek wszystkim wymaganiom nie będzie w stanie sprostać.  A brak umiarkowania? „In medio virtus” mawiali starożytni. Czyli że cnota leży pośrodku. Że trzeba widzieć plusy i minusy takiej czy innej postawy. A skrajności najczęściej są niebezpieczne.

Wśród wierzących popieranie skrajności stało się ostatnio modne. Sęk w tym, że ich głosiciele bardzo wybiórczo podchodzą do spraw. Widzą grzech tam, gdzie w grę wchodzi ludzka niedoskonałość i ułomność, które trudno zaraz nazywać grzechem.  A w analogicznych sytuacjach dotyczących innych dziedzin ludzkiego życia grzechu nie widzą.

Nie chcieć więcej niż troje dzieci to egoizm? To przypatrzmy się innym dziedzinom ludzkiego życia i spróbujmy też do nich podejść skrajnie. Ot, takie czwarte przykazanie. Bardzo ważne, gdy chodzi o relacje dorosłych dzieci z rodzicami – staruszkami. Jak z tej perspektywy wygląda sytuacja pójścia do zakonu czy zostania księdzem? No tak, można powiedzieć, że jeśli ma się rodzeństwo, to ono zajmie się ojcem czy matką. Ale czy to nie egoizm? Zrzucać trudny obowiązek na kogoś innego, a samemu poświęcać się tak zwanej służbie Bogu? Albo jak z tej perspektywy wygląda wyjazd dziecka za granicę? Nawet na misje? Kiedy się jest głosicielem Ewangelii można już o rodziców nie dbać?

Inny przykład. Dzielenie się swoim majątkiem z biednymi. Podchodząc do sprawy skrajnie należałoby powiedzieć, ze dopóki na świecie jest choć jeden człowiek, który przymiera głodem, nie powinienem nigdy jeść trzech posiłków dziennie i kupować czegoś, co nie jest mi niezbędnie potrzebne. Na przykład domu czy samochodu. Można wynajmować mieszkanie, a jeździć autobusami, nie tak? Że człowiek nie jest w stanie pomóc wszystkim głodującym? No ale może powinien wysyłać pieniądze do Caritas International albo zorganizować coś samemu? Czemu się tak łatwo tłumaczyć?

Takich przykładów można by mnożyć. Szczególnie wdzięczną dziedziną są tu tzw. grzechy cudze. Czy dopóki choć jeden grzesznik jest w moim otoczeniu – a dziś moje otoczenie to pojęcie bardzo szerokie – powinienem nie zaprzestawać upominania? Albo takie środki antykoncepcyjne. Może nie powinienem kupować w sklepach, w których można je kupić? Nie chodzi przecież tylko o apteki. Na stacjach benzynowych czy drogeriach też bywają dostępne. Albo czy wolno mi kupować w sklepach, które są otwarte w niedziele? Może powinienem wybierać te i tylko te, w których szanowana jest zasada niedzielnego odpoczynku, a jak nie to grzech? Przepraszam, już przestaję z tymi przykładami, bo się w polemicznym zapale nakręcam, ale chodzi o pokazanie, że jak zaczniemy się bawić w hołdowanie skrajnościom, to nie tylko nie da się żyć, ale dochodzi się do absurdów.

Zresztą trochę z tego właśnie powodu, z pragnienia stworzenia idealnych wspólnot, wolnych od jakiegokolwiek grzechu, zaczęły powstawać pierwsze wspólnoty monastyczne. Patrząc na nie tylko z perspektywy ucieczki przed grzechem można by złośliwie zauważyć, że bycie świętym z braku okazji do grzechu to dość słaba świętość. Inna rzecz, że gdy brakuje okazji do jednych, pojawiają się okazje do innych grzechów. O czym akurat jezuici (autor podlinkowanego artykułu jest jezuitą) powinni wiedzieć bardzo dobrze.

Ad rem. Jak więc Kościół widzi sprawę ilości posiadanego przez małżonków potomstwa? W Katechizmie Kościoła katolickiego (2367-2368a, ale warto przeczytać cały dział dotyczący małżeństwa i płodności) tak napisano:

Małżonkowie, powołani do dawania życia, uczestniczą w stwórczej mocy i w ojcostwie Boga . "W spełnianiu obowiązku, jakim jest przekazywanie życia i wychowywanie, obowiązku, który trzeba uważać za główną ich misję, są współpracownikami miłości Boga-Stwórcy i jakby jej wyrazicielami. Przeto mają wypełniać zadanie swoje w poczuciu ludzkiej i chrześcijańskiej odpowiedzialności"

Szczególny aspekt tej odpowiedzialności dotyczy regulacji poczęć. Z uzasadnionych powodów małżonkowie mogą chcieć odsunąć w czasie przyjście na świat swoich dzieci. Powinni więc troszczyć się, by ich pragnienie nie wypływało z egoizmu, lecz było zgodne ze słuszną wielkodusznością odpowiedzialnego rodzicielstwa.
(...)

Ogólnie prawda? Jest mowa o powołaniu do dawania życia, o odpowiedzialności i o tym, żeby pragnienie odsunięcia w czasie narodzin kolejnego potomstwa nie wynikało z egoizmu. Konkretniej? Ano nie. Autorzy Katechizmu świadomi, że sprawy różnie nieraz wyglądają, nie sugerują bardziej szczegółowych rozwiązań, zostawiając to sumieniom chrześcijańskich małżonków. To właśnie droga roztropnego umiarkowania. Decyzję w sprawie ilości dzieci Kościół pozostawia małżonkom. Zachęca do wielkoduszności, ale to zachęta. Podobnie jak zakonników zachęca się do wieku innych postaw. Ale do wielkoduszności nikogo się nie zobowiązuje. Podobnie jak nikomu nie wyznacza się ostrych granic zakonnego posłuszeństwa czy zwłaszcza ubóstwa (w stylu: na potrzeby klasztoru nie można kupować samochodów droższych niż...").  Bo wiadomo, sytuacje bywają różne.

Jak wygląda w tym kontekście twoja sytuacja? Zauważ: nie masz jeszcze męża, nie masz dzieci. Dopiero planujesz. Wszystko jest więc w fazie projektu. Chcesz mieć 2-3 dzieci i chcesz pracować w wymarzonym zawodzie. Czy to za mało dzieci? Czy źle, że chcesz pracować?

Chcesz przynajmniej jednego dziecka, więc jesteś już otwarta na życie. W praktyce może to wyglądać różnie. Wszyscy się zmieniamy. Może być tak, że nie będziesz mogła mieć więcej niż jednego dziecka. Ale może być i tak, że jak będziesz miała troje, zechcesz czwartego i piątego. Wielu ludzi nie chce mieć więcej dzieci kiedy nie mają jeszcze ani jednego, bo zwyczajnie się boją, że ich to przerośnie. A potem, kiedy okazuje się, że to nie taki problem, wcale się przed kolejnymi dziećmi nie bronią. Dlaczego te ich dzisiejsze obawy, które być może rozwieje czas, traktować już jako grzech egoizmu? Ważne że jesteś otwarta na życie. I że mając już ileś tam dzieci nie będziesz się uciekała do antykoncepcji, by lekceważąc Boże prawo postawić na swoim. Dziś naprawdę trudno Cię posądzać o egoizm. Nawet jeśli masz plany jakie masz. Zresztą 2-3 dzieci to nie tak mało...

Co do pracy zawodowej kobiet.... Odpowiadający nie przypomina sobie w Nowym Testamencie żadnego wskazania, wedle którego kobieta nie mogłaby zajmować się czymś innym, niż tylko dziećmi. Zresztą...

Może się mylę, ale mam wrażenie, że problem wynika częściowo ze zmian kulturowych, które nastąpiły w ostatnich wiekach. Nie, nie o prawa kobiet akurat mi chodzi. Zauważ, że mężczyźni dawniej też często nie pracowali w tym sensie, w jakim zawodową pracę rozumie się dzisiaj. Jak ktoś był jakimś wojownikiem, owszem, wyjeżdżał z domu na dłużej. Jak był kupcem – podobnie. Ale ojcowie często też pracowali w domu: na własnym gospodarstwie, we własnym warsztacie. Twierdzenie, że dziś tylko oni mogą pracować „poza domem” jest mocno na wyrost. Zwłaszcza, że w tych dawnych czasach kobiety też nie tylko dziećmi się zajmowały. Przecież musiały pomagać w pracach polowych, musiały pójść do rzeki (albo do studni) zrobić pranie itd. itp. A jak już dorabiały gdzieś jako służące, czy podobnie jak ich mężowie zatrudniały się do prac polowych, to jeszcze bardziej. Model "ojciec zarabia poza domem na jego utrzymanie, matka zajmuje się dziećmi" owszem, może i funkcjonował, ale pewnie na podobnej zasadzie jak dzisiaj: ot, bywało tak i tyle. Na pewno nie jest to jakiś biblijny ideał. I nawet w Świętej Rodzinie mogło być tak, ze małym Jezusem zajmował się bardziej ojciec niż Matka. Taki sześcio- siedmioletni brzdąc mógł już podpatrywać pracę ojca - cieśli. Niekoniecznie tylko się bawić. A Matka mogła być zajęta nie tylko przyrządzaniem jedzenia, ale i pracami wymagającymi wyjścia dalej poza dom.

Czy więc możesz pracować zawodowo? Oczywiście. Czy to będzie się odbywało kosztem Twojej rodziny, Twoich dzieci? Być może. Bardzo trudno dziś na to pytanie odpowiedzieć. Przecież nawet zostając w domu i nie pracując zawodowo można nie dać dzieciom tyle, ile by potrzebowały. A matka pracująca – choćby na pół etatu – wcale nie musi nikogo i niczego zaniedbywać. Kto powiedział, że porządkami domowymi czy gotowaniem powinna się zajmować kobieta?

Jak to wszystko będzie wyglądało okaże się dopiero, kiedy będziesz miała męża, dzieci i pracę zawodową. Wtedy będziesz musiała to jakoś sensownie godzić. I być może wtedy albo świetnie sobie z tym poradzisz – bywają dziadkowie, dzieci chodzą do przedszkoli i szkół – albo sobie nie poradzisz, zaczniesz zaniedbywać rodzinę. Ale trudno uznać za zasadę, że kobieta nie powinna pracować zawodowo. To – nie boje się tego słowa – wymysł ideologów.

Z paru powodów niepraktyczny. Po pierwsze, dziś mężczyźni często zarabiają mniej niż ich żony. To co, porzucić taką pracę, byle zadość stało się jakimś wymysłom dotyczącym idealnego małżeństwa? Po drugie, życie czasem wymaga zamienienia się rolami. Tak było u mnie w domu. Kiedy ojciec zachorował, matka musiała pójść do pracy. Przywiązywanie się do jednego modelu rodziny i wynoszenie go do rangi ideału to nieżyciowy idealizm. A po trzecie....

Może dawniej było inaczej. Dzieci wychowywały nie tyle matki, co całe wielopokoleniowe rodziny: dziadkowie, teściowie, sąsiedzi, rodzeństwo. W takiej wielkiej wspólnocie i kobietom łatwiej było się odnaleźć. Często pracowały we wspólnocie z innymi kobietami. Dziś zakazać kobiecie pracy poza domem, to skazać ją na pozycję kury domowej, która spotyka tylko swoje dzieci albo inne matki na spacerze z dziećmi.  Jeśli którejś to odpowiada, nie ma problemu. Ale jeśli kobieta nie chce, to grzech? Myślę, że zadowolona z życia, swojej pozycji kobieta będzie lepszą żoną i matką niż taka, która ciągle żałuje zmarnowanych szans zrobienia kariery, ciągle niezadowolona z tego, że musi się poświęcać. Naprawdę.

I nie ma co narzekać, że kobieta ma przyjąć swoją role i basta. Właśnie wcale takiej roli żony i matki, która zajmuje się tylko i wyłącznie domem  przyjmować nie musi. W Katechizmie jest też mowa o powinnościach rodziny względem społeczeństwa. Kobieta pielęgniarka, lekarz, nauczycielka albo i kierowca dobrze służą społeczeństwu. I to też się liczy. Byle razem z mężem umieli zapewnić dzieciom odpowiednia opiekę i wychowanie. Które niekoniecznie polegają na ciągłym staniu nad nimi.

Na koniec jeszcze jedno. Napisałem "razem z mężem". Chciałbym mocno podkreślić, że mąż i żona w małżeństwie są partnerami. Zawarcie związku małżeńskiego nie czyni z kobiety ani niewolnicy, ani sprzętu domowego mężczyzny. Muszą się dogadywać jako partnerzy. I wolno im ustawić swój podział obowiązków tak, jak uznają to za stosowne.  Mówienie, że inne funkcjonowanie rodziny niż to sobie wymyślił jakiś ideolog to grzech jest grubą przesadą.