07.12.2004 17:07

Szczęść Boże. jestem praktyukującą osobą dla mnie Komunia św, codzienna msza jest b. ważna, strałam sie jak umiałam wprowadzac w zycie tresci ewangelii, od jakiegos czasu paru miesiecy doswiadczam swojej niemocy, tzn. bardzo trudno mi dostrzec pozytywną strobnę wystepujacych w moim życiu sytuacjii, bardzo trudno dostrzec mi w innych szczególnie bliskich dobro, trudno mi kierowac sie miłoscią ja jej w sobie w zaden sposób nie czuję. To jest jakby po prostu taplała sie w błocie beznadziei, dostrzegając moje grzechy byc moze dla innych małe mi nagle urastaja do ogromnej wielkosci, i najbardziej mnie smucą. Powstaja konflikty w domu , nawet chcąc zachowywac sie inaczej zmiłoscią dobrocią czy po prostu milczeniem, nie potrafie opanowc emocjii, i po fakcie stwierdzam ze znow zrobilam to samo. co mam robic , jak sobie z tym poradzic , aby wrócic na właściwa drogę. Korzystam w sposób ciągły z sakramentów, modlitwy. Dziekuję za odpowiedz

Odpowiedź:

W takich sytuacjach trudno radzić komuś, kogo się nie zna. Wydaje się jednak, że warto zwrócić uwagę na dwie rzeczy:

a) czy nie jesteś przemęczona?

b) czy przypadkiem nie z powodu swojej pychy tak się czujesz; chodzi o to, że dostrzeganie własnych słabości boli, ale boli tym bardziej, im bardziej jesteśmy zapatrzeni w siebie. Wtedy lekarstwem jest służba bliźniemu, czynienie choćby małego dobra...

I jeszcze jedno: staraj się pamiętać, że miłość to niekoniecznie uczucie. To przede wszystkim postawa. Postawa czynienia dobrze temu, kogo się kocha. Jeśli przychodzi Ci to z trudem, to tym większa jest Twoja zasługa...

J.

Pytania z dnia...

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31 1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 1 2 3

Reklama

Reklama