magda 10.02.2010 17:25

Witam !
Mam taki "problem-dylemat" - mianowicie, oto moja historia życia: kiedy byłam w wieku 8-10 lat,był nas w domu ilustrowany kalendarz misyjny- babcia go miała. Lubiłam go oglądać - nie wiem czemu... za to pamiętam dokładnie myśl, która się wtedy pojawiła, że tam kiedyś pojadę tam w te kraje misyjne i będę z tym ludzimi, będę im pomagać. Na pierwsza komunię dostałam obrazek ktory przedstawial twarz Pana Jezusa - tą z obrazu " Jezu ufam Tobie" Pamiętam ,ze bardzo lubiłam tą twarz z obrazka. Bardzo mi zapdła w pamięć. Była piekna, spokojna i tak bardzo czuła, te oczy... Będąc wieku 16-18 lat znowu powróciła do mnie ta myśl, te pragnienie, że chyba moje życie będzie związane z jakąś misją do wykonania.Nie byłam "specjalnie religijna" co więcej, nie odczuwałam potrzeby częstej spowiedzi, komunii, nawet się dziwiłam,że inni zawsze przystępują do komunii, a ja nie bolało to czssaami, ale nie wiedziałam dlaczego. W moim odczuciu pozostali byli "lepsi" niż ja. Chociaż bardzo lubiłam wszystkie nabożenstwa, Msze Św. Nic poza tym. Kiedy pojawiła się myśl , że ja chyba jestem stworzona do innego życia ( zakonnego -są takie tradycje rodzinne - również kapłańskie)to nastąpiła rzecz zaskakująca. Otóż z tą myślą pojawiła się również wątpliwość ....że to chyba niemożliwe. Chyba sobie coś uzurpuję, wmawiam. Poza tym, jakieś głosy wewnętrzne mi mówiły, że podejmując taką decyzyję narażę się na drwiny -otoczenia i rodziny, Nikomu o tym nie mówiłam, dość długo mnie to "gryzło"Nie mogłam w to uwierzyć ,że chyba jest mi przeznaczone inne życie. Tym bardziej, że zawsze sobie wyobrażałam ,że moje życie będzie piękne, będzie wielka miłość, będzie ciekawe, zrobię coś wielkiego,a dookoła wszyscy będą na mnie patrzeć z podziwem (bo zawsze byłam traktowana przez innych lekżeważaco).Tymczasm strasznie się tego przestraszyłam , tym bardziej ,że jak pisałam wcześniej wydawało mi się że ja nie jestem dość religijna, godna tego.Dlaczego ja??? nie rozumiałam tego. Dość długo mnie to trapiło, aż w końcu ustało.Moje życie weszło w dorosłość i zaczeło upływać... prozaicznie. Szkoła..Praca, dom... i marzenia, że kiedyś coś się zmieni....Lata mijały.. i nic się nie zmieniło.Koleżanki zaczyły wychodzić za mąż, mieć dzieci i rodziny, a ja byłam sama -wciąż strasznie samotna. Powoli i marzenia zaczęły odchodzić gdzieś w niepamięć... życie zaczeło mnie stawiać do "parteru", W kiedy skończyłam 23 lata - Splot okoliczoności sprawił że zmuszona byłam do życia przez wiele lat w gehhenie rodzinnej. To co dla mnie przygotowano, przeszło moje najśmielsze wyobrażenia o piekle , jakie może zgotować drugi człowiek... W tych krytycznych momentach zawsze zadawałam sobie pytanie - dlaczego??? Odpowiedzią była jedynie cisza... Za to, każdy następny cios - jak mi się wydawało umacniał mnie w przekonaniu , że to mnie uszalchetnia. Tak bardzo prosiłam Ducha św. ,żeby dał mi siłę do pokonania zła. W chwilach rozpaczy przypomniałam sobie zdarzenia o których wcześniej pisałam. I tak mi się wydaje, że chyba w tym momencie uświadomiłam sobie, że to chyba... kara ... za to co zrobiłam ,albo czemu się tak mocno opierałam. Kiedys zupełnie przypadkowo usłyszałam takie zdanie,: "jeśli sprzeciwisz się swemu powołaniu - nigdy już nie będziesz szczęśliwy. Tak myślę, że chyba było w tym sporo racji... nie ...to prawda!.Teraz jest już dojrzałą kobietą, jestem sama - ciągle sama. Chyba nie zasługuję na nic innego...Moje życie jest naznaczone cierpieniem. Jedynym światełkiem w tunelu dla mnie, to radośc z dobra , które z mojego powodu staje się udziałem innych ludzi. Ale czuje się czasami starsznie wypalona. Nieustannie jednak gnębi mnie myśl,czy faktycznie ,ta odmowa przyjęcia lub też "odrzucenie szczęścia" przezemnie nie jest powodem takiego a nie innego senariusza mojego życia?CZ to aby nie był grzech prciwko Duchowi św.?? W związku z tym bardzo proszę ODOPOWIADAJĄCEGO o odpowiedź.Będę wdzięczna. Pozdrawiam.( nawisem mówiąc to kamień spadł mi z serca - po raz pierwszy w życiu to wypowiedziałam, co mi przez wiele lat leżało na sercu!!!)
P.S. obecność tutaj to dzieło przypadkowego przeglądania NETU.

Odpowiedź:

Prawdą jest, że tylko realizując swoje powołanie człowiek może być szczęśliwy. Bo tylko wtedy czuje się na swoim miejscu. Ale trudno powiedzieć, by Bóg na tego, który postępuje wbrew jego zamiarom zsyłał jakieś kary. To nie tak.

Bóg będzie nas pod koniec naszego ziemskiego życia (a właściwie na początku następnego) rozliczał z miłości. Nie z realizacji takiego czy innego powołania. Zwłaszcza, że myśl o powołaniu była u Ciebie tylko jakimś wspomnieniem z dzieciństwa, że czułaś się go niegodna. Może warto dziś na nowo sprawę przemyśleć. Ale na pewno pokomplikowana życiowa sytuacja, to nie zemsta Boga za niezrealizowane powołanie...

J.