B. Celary 05.04.2008 22:53

Wyobrażmy sobię człowieka mieszkającego w Rzymie, pod samym Watykanem. Odrzuca on religię Rzymu jako alogiczną (nie są istotne teraz argumenty). Nie wie on nic o religii panującej na Archipelagu Psilumps w Afryce (całkowicie fikcyjny, stworzony na własne potrzeby).
Na Archipelagu Psilumps żyje człowiek wyklęty przez szamanów za odejście od religii Wielkiego Drzewa i jego 300 bóstw. Uznał ją za alogiczną. Nie wie nic o religii wyznawanej przez szczury lądowe z odległego kontynentu.
Przyjmuję, że misja nie dotarła ani z Psilumps do Rzymu, ani z Rzymu do Psilumps.
Pierwszego człowieka uznamy za zdrajcę Boga, drugiego - za światłego na tyle, by wyrwać się z plemiennych zabobonów. Postawmy się jednak na miejscu arcyszamana. On wyciągnąłby dokładnie przeciwne wnioski niż katolik.
Nasuwa się odpowiedź: przecież religie politeistyczne są niespójne, a Wielkie Drzewo, Olimp i inne podobne cuda to tylko mitologia i sposób tłumaczenia świata tam, gdzie nie sięga prosty umysł zacofanego murzyna (przepraszam za zwrot). Potrafimy wskazać obecnie błędy w rozumowaniu szamanów i poprzeć tego odszczepieńca, ale potrafimy też obalić argumenty Włocha-ateisty.
Prowadzi to do wniosku prostego - "wygrywa" ta religia, która posiada lepszych kapłanów i oratorów. Oczywiście to uproszczenie, bo pozostaje jeszcze szereg faktów, ale...
Każdy może poświadczyć, że szaman żyje już 60 lat! Ludzie tyle nie żyją. Szaman potrafi zabić człowieka samym dotykiem, potrafi wyganiać złe duchy. Szaman jako jedyny wszedł w Święty Las i wrócił zdrowy na ciele i duchu. On musi mieć rację.
Problem w tym, że nauka rozwija się coraz szybciej i tłumaczymy fakty onegdaj niewytłumaczalne. Co, jeśli kiedyś okaże się, że wytłumaczymy zmartwychwstanie, ozdrowienia itd? Legną w gruzach podstawy naszej religii.
Nie podważy to samego Boga (bo jego hipoteza nie jest oparta na faktach), lecz chrześcijaństwo. Rozumiem zatem, że Bóg (jeśli istnieje) pragnie dobra ludzi i przestrzegania zasad moralnych (X Przykazań). Po co w takim razie msze, rytuały, święte wojny i cała ta metafizyczna otoczka? Nie starczy nam sama moralność? Czy Boga nie ucieszy świat sprawiedliwy, a bez wojen prowadzonych w jego (nie: Jego) imię?

Odpowiedź:

Mam nadzieję, ze pamiętasz paradoks zająca, który nigdy nie przegoni ślimaka i strzały, która nigdy nie dotrze do tarczy. To przykład na to, jak rzekomo żelazne trzymanie się prawideł logiki może prowadzić na manowce. Wystarczy jedno błędne założenie, jedno zbytnie uproszczenie i cała konstrukcja staje się absurdalna...

W rozumowaniu które przytaczasz jest sporo takich uproszczeń. Na przykład to, że istniejącą religię przeciwstawiasz fikcyjnej. To pozwala Ci orzec, że prawda o Bogu zależy od miejsca urodzenia i uznać, że my, katolicy, odwrotnie niż szamani tamtej religii, będziemy człowieka który odszedł od swojej wiary uważali za światłego. Tymczasem tak wcale być nie musi. Ważne jakie wierzenia odrzucił ów człowiek, co mu się w jego religii nie podobało, czego brakowało. No i jaki światopogląd przyjął. Jeśli porzucił wiarę w Jednego Boga, stwórce nieba i ziemi, który jest dobry i łaskawy, na rzecz i wiary w krwiożercze bóstwa, to przecież nie będziemy takiej zamiany pochwalali...

Piszesz też o tym, ze nauka coraz więcej tłumaczy i ze kiedyś wytłumaczymy cuda Jezusa. Tylko nie zauważasz, że istotą chrześcijaństwa nie jest uklęknięcie przed siłą cudów Jezusa, ale zawierzenie, że mówi prawdę. Cuda były jednym z elementów, które pomogły niektórym uwierzyć. Ale przecież wielu innych, którzy widzieli to samo, pozostało na nie obojętnych. Uczniowie Jezusa uwierzyli Mu, bo ich przekonał, pociągnął swoim nauczaniem, bo widzieli go zmartwychwstałego, bo widzieli jak spełniły się jego wcześniejsze zapowiedzi, a nie tylko dlatego, że widzieli jego cuda... "Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli"...

Jest z tymi cudami coś jeszcze. Otóż zakładasz, ze cud musi być zjawiskiem niewytłumaczalny z perspektywy nauki. To definicja cudu, której nie znali ani starożytni, ani nie przyjmujemy jej dziś. Cud to znak, w którym człowiek upatruje jakiejś Bożej interwencji, bo stało się coś niezwykłego, co najczęściej sie nie zdarza. Ale nie coś, czego nie można wytłumaczyć....

Przykład? Ile razy zdarza się, ze pod wpływem wiejącego wiatru znika woda z płytkiej zatoki? Rzadko. Aa co być powiedział, gdyby stało sie to w chwili, gdy uciekając przed bandytami nie miałeś już dokąd uciec, a to rzadkie zjawisko umożliwiło Ci ucieczkę, więcej zatopiło potem ścigających Cię bandytów? Tego właśnie doświadczyli uciekający z Egiptu Izraelici. Wytłumaczenie naukowe nic tu nie da. Uwierzyli, bo wcześniej usłyszeli od Boga (za pośrednictwem Mojżesza), ze ich ocali. I rzeczywiście tak się stało...

Chcesz kolejnego przykładu błędnego założenia w Twoim rozumowaniu? Piszesz: Problem w tym, że nauka rozwija się coraz szybciej i tłumaczymy fakty onegdaj niewytłumaczalne. Co, jeśli kiedyś okaże się, że wytłumaczymy zmartwychwstanie, ozdrowienia itd? Legną w gruzach podstawy naszej religii.

Pomijając kwestie niezrozumienia czym jest cud trzeba zapytać: dlaczego powołujesz się na to, czego jeszcze faktycznie nie ma? Bo póki co zakładanie, ze nauka wytłumaczy zmartwychwstanie przypomina wiarę moich rówieśników z przedszkola, ze w 2000 roku będą wszędzie szklane domy i ruchome chodniki. Nauka rozwiązując jeden problem napotyka często kilka kolejnych. Zresztą istnieje znacznie prostsze "naukowe" wytłumaczenie zmartwychwstania: to wszystko jest oszustwem (albo samooszustwem). Nie trzeba się powoływać na przyszłe hipotetyczne osiągnięcia nauki...

Ad rem... Pytasz o sens religii... Po co owe rytuały, święte wojny i metafizyczna otoczka? Żeby pokazać, kto tu jest szefem. To nie człowiek robi łaskę Bogu, że Go wybiera, bo to pasuje mu do jego myślowych konstrukcji. To On robi łaskę nam, że mimo naszych grzechów chce mieć z nami cokolwiek wspólnego; to On robi nam łaskę, gdy nas, którzy jesteśmy prochem, chce zachować dla życia wiecznego.

Właśnie w owej innej optyce, innym spojrzeniu na to, kto jest "miarą wszystkich rzeczy" kryje się różnica między człowiekiem wierzącym, a tym, kto prowadzi o Bogu dyskusje...

J.