Ania 22.03.2018 23:30

Trzy dni temu zadałam odpowiadającemu pytanie czy mogę przystąpić do komunii świętej jeśli przyłapałam się na nieprzyzwoitej myśli rozmawiając z kolegą. W ostateczności jednak zrezygnowałam z przystąpienia do komunii w obawie przed świętokradztwem. Do tego doszła też myśl, w której wspominałam jak któregoś dnia obudziłam się z erotycznego snu odczuwając orgazm. Myśl ta trwała chwilę dłużej i pomyślałam że może być ona grzechem ciężkim. Miałam straszny dylemat czy przystąpić do komunii, bardzo chciałam to zrobić bo kilka dni wcześniej byłam u spowiedzi ale strach przed świętokradczym przyjęciem komunii był silniejszy…
Mój problem jest trochę bardziej złożony i chciałabym podzielić się nim z odpowiadającym, może by mi Pan coś doradził co dalej robić? Cokolwiek. Bo ja już nie mam pomysłu co dalej robić, czuję się bezsilna. Otóż – od lat mam problem z natręctwami myślowymi i skrupulantyzmem. Jestem od kilku lat pod opieką psychiatry (przyjmuję leki), psychologa oraz księdza – proboszcza mojej parafii, który jest moim stałym spowiednikiem. Ale to wszystko nie pomaga. Wręcz przeciwnie, jest coraz gorzej. Od pewnego czasu dręczą mnie strasznie wulgarne myśli dotyczące głównie Maryji i szatana. Myśli między innymi na tle seksualnym. Nie będę ich Panu przytaczać, ale proszę mi wierzyć, że żadnemu normalnemu człowiekowi nawet przez myśl by nie przeszło, że można mieć takie wyobrażenia. Tym bardziej że ma je osoba wierząca. I czuje przy tym przymus żeby mówić je na spowiedzi. Wiem, że myśli natrętne, niechciane nie są grzechem i nie trzeba się z tego spowiadać ale ja jakoś nie wyobrażam sobie, żeby tego nie robić. Może chodzi o to że jak wyrzucę to z siebie to jest mi lżej, nie duszę tego w sobie. Albo o co innego. Sama już nie wiem. Doszło do tego, że teraz na spowiedzi wymienię kilka grzechów realnych a reszta to wymienianie po kolei swoich myśli. Z najmniejszymi szczegółami i w określony sposób. Zdarza mi się też niektóre myśli mówić po kilka razy żeby mieć pewność czy je powiedziałam. Od kilku lat nie chodzę do spowiedzi do konfesjonału. Spotykam się z moim spowiednikiem indywidualnie. Często też proszę go o ocenę różnych zachowań. Ale czasami zastanawiam się czy mój spowiednik nie jest zanadto łagodny czy pobłażliwy. Ostatnio na przykład stwierdził że dobrze zrobiłam, że nie zaprzestałam przyjmowania komunii świętej po tym jak zaglądałam w jednej książce na jedno zdjęcie czy było na nim widać miejsca intymne czy nie. Albo że nie zawsze myśli erotyczne są grzechem ciężkim. Albo że (w przeciwieństwie do tego co napisał mi kiedyś odpowiadający) że nie popełniłam grzechu jeśli nie wyłączyłam od razu piosenki, która była lub mogła być satanistyczna. Albo kiedyś przytoczyłam mu słowa swojej koleżanki, że ,,jak ktoś myśli o seksie to znaczy, że jest zdrowy” to spowiednik odpowiedział, że tak jest. Boję się czy w takiej sytuacji odpowiadający nie zasugeruje mi zmiany spowiednika na bardziej surowego, bo ja naprawdę nie chciałabym zmieniać dotychczasowego spowiednika, (ale zaraz zaczynam się zastanawiać czy niechęć do zmiany kierownika duchowego nie wynika z tego że chce być traktowana łagodniej czy pobłażliwiej)
Niech odpowiadający powie co robić...

Odpowiedź:

No tak.... Najlepiej to słuchać jednego "kierownika duchowego". W tym wypadku zdecydowanie spowiednika. Choć nie przypominam sobie, bym napisał, że nieprzerwanie słuchania piosenki, która mogła być satanistyczna może być grzechem, no ale tak to potem jest. I człowiek nie wie kogo słuchać. Słowem: proszę trzymać się wskazówek spowiednika. A mnie już ich nie zadawać :) Bo tylko robi się zamieszanie...

Co mogę poradzić w sprawie tego lęku przed grzechem świętokradztwa.... Człowiek w ocenie swojego postępowania zawsze powinien kierować się rozumem, a nie uczuciami. Czyli także nie lękiem. Spowiednik może pomóc temu rozumowi, może przedstawić argumenty, może nawet zdecydować za Ciebie, ale na Twoje uczucia wpływu raczej nie ma. Nie potrafi wyłączyć tego twojego lęku przed świętokradztwem. Nie potrafi sprawić, że zaczniesz sobie wyobrażać coś, czego w tej chwili nie potrafisz sobie wyobrazić (mowa o tym co napisałaś, że nie możesz sobie wyobrazić tego, by po takich myślach nie wyznać ich w spowiedzi). Spowiednik, ojciec duchowny, odpowiadający w serwisie internetowym mogą Ci dodać otuchy; zachęcić do odwagi. Ale nie podejmą decyzji w sprawie kierowania czy niekierowania się lękiem za Ciebie. To Ty musisz się przełamać...

Tak myślę, choć nie wiem czy Ci to pomoże, skoro lekarz nie pomaga. Popatrz.. Skoro wiesz, ze niechciane myśli nie są grzechem, nawet ten najbardziej bluźniercze czy nieprzyzwoite, to zdecyduj się tę wiedzę wprowadzić w życie. Powiedz sobie, że będziesz w tej kwestii kierowała się rozumem. Czyli wiedzą jaką już masz na ten temat. Między innymi potwierdzona przez spowiednika. Możesz temu zaufać. A lęk?

Myślę, że najlepiej będzie, jeśli będziesz szukała obrony przed poddaniem się strachowi w modlitwie. Może tak: codziennie, podczas wieczornej modlitwy mów Bogu o tym, że te złe myśli przychodziły do Ciebie. I powiedz też, ze się im opierałaś i że dlatego, zgodnie ze wskazaniem spowiednika, nie traktujesz ich jako grzechu ciężkiego. Mów to szczerze. Bóg na pewno nie gniewa się, kiedy szczerze mówimy Mu o swoich kłopotach. Także tych natury duchowej. Mów do Niego choć właśnie On jest tym, którego się boisz. Ale boisz się bezpodstawnie. Twój lęk wynika z tego, że chcesz być doskonała, a widzisz, że przydarza Ci się w niechcianych myślach coś strasznie Cię upokarzającego. Oddawaj to Bogu. Mów, ze Go kochasz, choć w sercu to głownie się Go boisz... Mów do Niego  tym co myślisz, co czujesz.... I w końcu zaufaj, że jest naprawdę dobry. Bo chyba właśnie w tym tkwi istota tego problemu. Tymczasem...

Jeśli spowiednik i ja - taki sobie człowiek - uważamy, że nie robisz niczego złego, to dlaczego zła miałby się w Tobie dopatrywać NAPRAWDĘ dobry i święty Bóg? Stworzył Cię, więc Cię kocha, jesteś mu bliska. Dlaczego z powodu natrętnych, niechcianych myśli miałby Cię odrzucać? On wie, ze jak się chce coś złego zrobić, to można zatrzymać własną rękę. Że jak człowiek chce coś złego powiedzieć, to może się ugryźć w język. Ale że myśli nie da się powstrzymać. Dlaczego miałby być o te niechciane myśli, przed którymi z całych sił uciekasz, być na Ciebie zły?

No i jeszcze jedno, tak już zupełnie na marginesie. Przeprowadź taki eksperyment: spróbuj nie myśleć o zielonym pingwinie jeżdżącym na wrotkach wokół fontanny. Umiesz? Widzisz... Tak to jest, że im bardziej o czymś myśleć nie chcemy, tym pewniej taka myśl do nas przychodzi. Dlatego w walce z takimi myślami potrzebny jest spokój, powstrzymanie paniki. Paniki że te myśli wrócą, paniki, że zaraz popełnisz grzech ciężki i będziesz musiała pójść do spowiedzi. Spokojnie, Bóg jest dobry I nie ma zamiaru za niechciane myśli wtrącić Cię do piekła. Za raczej diabelski trzeba uznać pogląd, że za niechciane myśli człowiek mógłby zostać wtrącony do piekła. Bo to diabeł chce pozbawić człowieka nadziei; przekonać, ze nie ma się co starać, bo już człowiek nie ma szansy. Otóż jest szansa. Wielka, bo przeciez nic naprawdę złego nie robisz. Podobasz się Bogu i pewnie mu tylko żal, że tak Cię to wszystko męczy i że się Go tak panicznie boisz...

No jakoś tak to właśnie widzę...

J.