Gość 12.10.2015 16:00

Moje pytanie dotyczy sensu cierpienia w kontekście krzyża i pójścia za Jezusem. To z Pisma Św. wynika, że naśladowanie Chrystusa związane jest z wzięciem Jego krzyża.
Obecnie po latach formacji w oazie i w ogóle prawdziwej żywej wiary mam wątpliwości i jestem zmęczony. Moja radość znikła, a życie stało się monotonne.
Po latach oczekiwania na uwolnienie/uzdrowienie przyszło pewne rozczarowanie i niezgoda na trwanie w cierpieniu. Nie bardzo rozumiem obecnie dlaczego cierpienie również musi być wpisane w życie ludzkie skoro Jezus już złożył ofiarę. Przecież Kościół naucza, że ta właśnie ofiara była wystarczająca. Nikt inny nie byłby w stanie zrobić tego za Niego.
Czy może zatem cierpienie jest potrzebne nam samym właśnie z powodu małej wiary w to, że żadnej dodatkowej ofiary już nie trzeba składać? Wnioskuję tak, bowiem ludzie od niepamiętnych czasów składają ofiary by przebłagać, otrzymać cokolwiek. Wydaje się, że jest to ogólnie mówiąc wyraz fundamentalnej obawy o własne życie, nieuświadomione do końca obawa o to czy będzie jakaś kontynuacja. I okazuje się, że nawet teraz w dobie znajomości Ewangelii, tj. wiedzy o tym że ofiara została złożona, jest potrzeba, by różne świadczenia, datki, czy wyrzeczenia spełniać i również nazywać je ofiarą jakby miało to wypełnić jakąś własną osobistą niepewność osoby, czy ja rzeczywiście przeżyję.
W związku z powyższym idąc tym tropem cierpienie jest nie tyle powodem trudnych sytuacji, które są i będą bo zło, trud i zmaganie się w dalszym ciągu istnieje na tym świecie, ale moim własnym wytworzonym przeze mnie stanem wynikającym ze słabej wiary i potrzebnym mi do poczucia wykupienia siebie. Poniekąd oszukuję siebie ponieważ cierpię a cierpienie nie znika, bo nie ma mocy zbawczej. Jestem zatem w błędnym kole.
Czy mam rację?

Odpowiedź:

Nie wiem czy dobrze zrozumiałem, ale wydaje mi się, że nie. Że to nie tak jak piszesz....

Zaprzeć się samego siebie, wziąć krzyż niekoniecznie oznacza przyjęcie cierpienia. Oznacza tylko wtedy, gdy nie ma innego moralnego wyjścia. Trywializując: jeśli złamałem nogę powinienem udać się do lekarza, który mi nogę nastawi, nie zostawić jak jest bo skoro się zdarzyło, to widocznie Bóg tak chce. Ale jeśli ceną za moje życie miałoby np. być zabicie drugiego człowieka, od którego pobrano by potrzebne mi organy, to oczywiście chrześcijanin takiej ceny za zdrowie płacić nie może. Powtórzę: zaparcie się samego siebie, wzięcie krzyża i naśladowanie Jezusa niekoniecznie oznacza konieczność przyjęcia cierpienia czy robienia sobie na złość. Chodzi o konsekwentne bycie chrześcijaninem; o konsekwentne trzymanie się zasad Ewangelii. To nieraz może niewiele kosztować. Albo i nic, kiedy sprawia wielką radość. Ale czasem trzeba zagryźć wargi...

Po drugie... Nie sądzę by to, ze przeżywamy jakieś cierpienie było związane z tym, że nie wierzymy, że Jezus zwyciężył. Apostołowie nie tylko w to wierzyli. Oni byli tego pewni. Przecież widzieli Zmartwychwstałego, a potem ciągle doświadczali mocy Ducha Świętego. I co? Nie ustrzegło ich to przed męczeńską śmiercią.

Nie wiem, bo nie napisałeś, jakie cierpienie masz na myśli. Raczej jednak nie jest ono wynikiem naszej małej wiary. To wynik naszego zderzenia się z prawami natury, z nie zawsze nam przychylnymi bliźnimi, z naszą słabością. Ale wcale go być nie musi. W niebie go nie będzie....

J.