Kod czy kant?

Bogdan Gancarz

publikacja 26.04.2006 14:56

"Kod Leonarda da Vinci" to książka, która zdobyła dużą popularność. Tymczasem sensacyjne „odkrycia” autora są sprzeczne nie tylko z wiarą chrześcijańską, ale także z nauką i zdrowym rozsądkiem.

Czy można poważnie traktować książkę, w której pisze się, że Jezus był zwykłym człowiekiem, a jego boskość „przegłosował” dopiero sobór nicejski w 325 r., że był mężem Marii Magdaleny, której powierzył kierowanie Kościołem, że centrum Kościoła miała być „sakralność żeńska”, że Kościół utrzymuje to wszystko w tajemnicy, nawet za cenę zbrodni, której narzędziem jest Opus Dei? Te niewiarygodne bzdury wypełniają powieść sensacyjną Dona Browna „Kod Leonarda da Vinci”.

Książka stała się bestsellerem wydawniczym. Sprzedano jej już około 8 milionów egzemplarzy, przetłumaczono ją na ponad 40 języków. Po Europie jeżdżą turyści szukający miejsc opisanych przez autora.

Czerpanie przez Browna całymi garściami nawet nie ze starożytnych heretyckich pism gnostyckich, ale ze współczesnych popłuczyn po nich, podawanie za dobrą monetę sfałszowanych w latach 50. ub. wieku dokumentów świadczących o rzekomo dawnej genealogii tzw. Zakonu Syjonu, wpisuje jego książkę w stary nurt antykatolickiej „czarnej legendy”, w nurt bzdur o papieżycy Joannie, o fałszowaniu Pisma Świętego. Nic więc dziwnego, że większość poważnych gazet i czasopism opublikowała bardzo krytyczne recenzje książki Browna.

Brednie w imię Leonarda

„Brednie w imię Leonarda” – pisał brytyjski „Guardian”, „gnostycyzm w służbie radykalnego feminizmu” – stwierdzano w hiszpańskim portalu internetowym „e-cristians”, „oprócz łamigłówek, książka składa się z kłamliwych idei, fałszów i opisów wziętych prosto z turystycznych przewodników” – konstatował zgryźliwie londyński „Times”, zaś hiszpański „El Pais” napisał, że Kod da Vinci» jest największym grochem z kapustą, jaki dostał czytelnik w kioskach, począwszy od lat 60.”, gratulując „tym wydawcom z całego świata, którzy wstrzymali się przed publikacją książki i teraz wcale tego nie żałują. To bowiem przejaw godności”.

Może nie rozpisywałbym się o książce Browna, gdyby nie powszechność lekceważących głosów o możliwych skutkach jej lektury. Początkowo i ja nie przywiązywałem do niej wagi. „Daj spokój! To przecież tylko powieść, fikcja. Kto by tam brał poważnie takie bajdy, które się nie trzymają kupy. Przeczyta się to raz i zupełnie o tym zapomina” - słyszałem od wielu osób.

Odwoływanie się do zdrowego rozsądku (cóż to za zamazywanie „sakralności żeńskiej” w religii, gdzie obok Chrystusa stoi jego Przenajświętsza Matka?; cóż to za wymazywanie postaci Marii Magdaleny w religii, która czci ją jako świętą? itd. itd.), niestety, nie wystarczy. Wiele osób ową fikcję przyjmuje za prawdę.

Istotnie, jest to zupełna fikcja, ale wyobraźmy sobie, że wyszła powieść kryminalna, w której by opisano korupcję rozkwitłą w autentycznej organizacji o szlachetnych celach, np. w Polskiej Akcji Humanitarnej, mordowanie osób domyślających się prawdy, tuszowanie sprawy przez osobę stojącą na jej czele (u Browna prawdę ukryć chce przełożony Opus Dei).

Czy posypałyby się pochwały »dobrej powieści sensacyjnej«? Jest też aż nadto oczywiste, że gdyby ktoś opublikował baśń o Żydzie, czatującym na dzieci w celu przerobienia ich na macę, nikt by tego nie zbagatelizował, mówiąc, że to tylko bajka o walce dobra ze złem, a czarny charakter trzeba traktować umownie! Ze słusznym potępieniem spotkałoby się również wznawianie powieści hitlerowskich z Żydami jako oszustami, mordercami i gwałcicielami, choćby nawet jakiś docent opatrzył je posłowiem. Wiadomo bowiem, że taka »literatura« podżega do nienawiści.

A gdyby Brown zamiast katolicyzmu i Opus Dei podstawił masonerię albo organizację homoseksualistów, nie mówiąc już o Żydach, reakcja na książkę byłaby całkiem inna” – napisał celnie w sierpniowej „Więzi” prof. Michał Wojciechowski.

Mądrzy ludzie średniowiecza z doskonałym skutkiem przedstawiali niepiśmiennej wówczas większości katolików prawdy wiary nie tylko przez słowo, ale i pobożny obraz. Te przedstawienia zwano „Biblią pauperum” („Biblia dla ubogich”). Czy to się komuś podoba, czy nie, drukowana w wielomilionowych nakładach książka Browna stanowi antykatolicką „Biblię pauperum”, skutecznie oddziaływającą na liczne rzesze.

Udaną próbą zwięzłego i jasnego wypunktowania kanciarstwa książki Browna jest publikacja amerykańskiej dziennikarki Amy Welborn „Zrozumieć »Kod da Vinci«. Co ukrył w swojej książce Dan Brown” (wydanie polskie: „Polwen”, Radom 2004). Autorka nie ograniczyła się wyłącznie do polemiki. Skorzystała z okazji, by przedstawić katolicki punkt widzenia. Każdy z rozdziałów kończą pytania powtórzeniowe, kwestie do dyskusji oraz krótki wykaz pożytecznej literatury, co pomaga utrwalić w pamięci treść książki.

Jak walczyć o prawdę?

Książkowe odpowiedzi na książkę Browna jednak nie wystarczą. Na 2006 r. zaplanowano premierę opartego na książce Browna filmu Rona Howarda (reżysera m.in. „Pięknego umysłu”). „Siła rażenia” filmu może być jeszcze większa niż w przypadku książki. Kino jest świetnym przekaźnikiem, obrazy filmowe mogą „wdrukowywać” w podświadomość pewne niekorzystne przekazy.

Wykazywanie nonsensów „Kodu” w serii mniej lub bardziej uczonych wypowiedzi nie do końca przyniesie zamierzony skutek, gdyż oddziaływanie literatury popularnej i filmu jest odmienne od uczonego dyskursu. Przeciwnika należy zatem bić na jego własnym polu. Potrzebne jest więc nie tylko racjonalne punktowanie antykatolickich nonsensów, lecz także tworzenie, nie waham się użyć tego słowa, apologetycznych dzieł literatury popularnej czy filmu. Przykład „Pasji” Mela Gibsona pokazuje, że z udanym artystycznym przekazem prawd wiary, prawdziwą „Biblią pauperum”, można dotrzeć również do milionów ludzi.

(Tekst ukazał się w Gościu Niedzielnym nr 3/2005)